Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie codzienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie codzienne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 stycznia 2018

Wizyty małych gości w Polskim domu

Człowiek w próżni nie żyje - ten mały również!
Wcześniej czy później staniemy przed prośbą naszej pociechy, by zaprosić Johna czy Suzi na play date (bo tak fachowo to się nazywa), do naszego domu. A wzajemne wizytacje dzieci są tu bardzo popularne i dość częste.
Gdy szczegóły dogadane, adresy i numery telefonów wymienione, no to czekamy na gościa! 
Z tego co zauważyłam, to tutaj w dobrym zwyczaju jest wysłanie wiadomości, że właśnie wychodzimy i będziemy za parę minut.
Jeśli jest to pierwsza wizyta w naszym domu, to przywitanie nie odbiega od polskich standardów - następuje przedstawienie domowników, mały small - talk i zwykle rodzic odstawiający dziecko wychodzi - bo to w końcu wizyta dzieci... nie dorosłych. 
Jeśli planujemy poczęstunek - koniecznie spytajmy o alergie, nietolerancje i inne zwyczaje żywieniowe! Pamiętajmy, że Kanada to kraj multikulturowy, więc zasady żywieniowe mogą być przeróżne - i tak jak w Polsce np. raczej rzadko się spotyka dzieci wegetarian, tak tu to wcale rzadkim zjawiskiem nie jest. 

A co dziwi dzieciaki w Polskim domu?
Jednego z naszych gości zdziwiło nasze... łóżko! Bo niskie - w standardzie europejskim bym powiedziała. W Kanadzie z jakichś względów zwykle ludzie mają nakładzione po kilka materaców, co skutkuje sporą wysokością, niemal po drabinie trzeba się wspinać!
Ach! No i jeszcze to, że mamy TYLKO jeden TV... hmm jeszcze rok temu w ogóle nie mieliśmy, ale stwierdziliśmy, że w końcu może zaczniemy filmy oglądać "jak ludzie" a nie na laptopie :). No, ale ciągle to TYLKO jeden... echh.

środa, 27 grudnia 2017

Mity kanadyjskie - obalam!

W Kanadzie jesteśmy już niemal 4 lata - ni to mało, ni to dużo. Wystarczająco jednak, by móc zweryfikować kilka mitów, które krążą na temat Kanady. Nie wymieniłam wszystkich, a jedynie te najczęściej powtarzane.


Mit nr. 1: Niski poziom opieki zdrowotnej

Niestety nie mam wykształcenia medycznego, by w pełni móc się odnieść do tutejszych standardów leczenia i diagnostyki, ale korzystam (niestety) bardzo aktywnie z tutejszego systemu pomocy medycznej. To co od razu rzuca się w oczy, to brak przepisywania leków na każdy byle problem - pamiętam dość dobrze z Polski, że po każdej wizycie wychodziłam z gabinetu z kilkoma kartkami leków do wykupienia - tych na receptę i tych wspomagających. Tutaj tego nie ma - owszem, leków Ci u nas dostatek, jak lekarza spytasz, to Ci doradzi, ale sam raczej nie zaproponuje, o ile to nic poważnego. Tutaj na antybiotyk trzeba sobie "zasłużyć" raczej go nie dostaniesz w pierwszych dniach choroby - lekarz będzie Ci kazał pojawić się za 3 dni i wtedy oceni, w którą stronę choróbsko się rozwija. Wiem, że to drażni wiele osób przyzwyczajonych z Polski do antybiotyków "na wszystko". Nie dziwne zatem, że Polska jest w ścisłej czołówce krajów z największym odsetkiem zażywanych lekarstw i suplementów na osobę... o tzw "super bakterii" chyba też już wszyscy słyszeli?
W Polsce kobiety żyją przeciętnie 81,9, mężczyźni 73,9 - w Kanadzie jest to odpowiednio 84,5 i 79,1 lat... - to też jest poniekąd efekt dobrej organizacji służby zdrowia.


Mit nr. 2: W Kanadzie trudno o smaczne i zdrowe jedzenie

Zgodzić się z tym nijak nie mogę! Ciężko, to co najwyżej korzeń pietruszki (parsley) zdobyć! Bo tu głównie popularny jest, łudząco podobny pasternak (parsnip).
W sklepach dyskontowych, tych najtańszych typu NoFrils, rzeczywiście wybór spożywki jest dość ograniczony - głównie marki własne - a jak z markami własnymi bywa, każdy student (i emigrant) wie. Nie są tanie bez powodu, więc nie oczekujmy super jakości. Faktem również jest to, że w sklepach mamy duży wybór dań gotowych, mrożonek do mikrofali i żywności w proszku (dla mnie hitem jest jajecznica w kartonie) - jednakże nie jest tak, że nic poza tym nie ma! Stoiska ze świeżymi owocami i warzywami są pełne specjałów z różnych części świata, dostaniemy produkty z okolicznych farm, jeśli są, jak i dobra sezonowe. Często też dobiegają mnie głosy, że może i to wszystko pięknie wygląda, ale już ze smakiem gorzej - powiem tak - jak się trafi. Czasami rzeczywiście pomidory są plastikowe czy rzodkiewka w ogóle nie szczypie w język, ale jakiejś wielkiej różnicy w smaku nie odczuwam. Być może wynika to stąd, że część emigrujących osób przed wyjazdem miała to szczęście, że w warzywa i owoce zaopatrywała się z przydomowego ogródka. No cóż. Marketowe jedzenie produkowane na dużą skalę, nigdy nie będzie smakowało jak to wypieszczone i dopilnowane domowe... no nie ma takiej opcji!
Wspomnę jeszcze przy tym temacie, że w Ontario jest dość łatwy dostęp do produktów eco bio i super hiper zdrowotnych. Nawet w sieciach dyskontowych znajdą się zamienniki cukru białego czy marchewka eco za parę centów więcej. A właśnie - ceny też nie są razy 300% a jedynie jakieś 25%-45% więcej niż za zwykły produkt.
No i ta różnorodność sklepów... markety azjatyckie, indyjskie, wschodnioeuropejskie...


Mit nr. 3: Nie ma dobrego pieczywa

Prawdą jest, że w większości marketów wystawione na pierwszy front jest pieczywo tostowe - "wata" inaczej... . I jest go zazwyczaj dużo... i stąd pewnie wrażenie, że poza nim nic innego nie ma. Błąd. Błąd który sama odkryłam w swoim myśleniu jakieś 1,5 roku po przylocie (niezłe tempo, nie?). W Kanadzie jak najbardziej jest dostępne smaczne pieczywo - naszym ulubionym jest pieczywo dostępne w Fortinos na stanowisku Pane Fresco - konkretniej Sourdough Rye Batard Bread - pyszny! Jedyne $4 (qrcze, powinni mi zapłacić za reklamę... ja myślę...). Dobry chlebek też jest w Longo's - ten podawany przez pracowników piekarni i pewnie znalazłoby się jeszcze kilka innych. Szukać szukać aż znajdziecie swoje smaki - są, na pewno gdzieś są, cierpliwości jedynie, a znajdziecie!


Mit nr 4: Niski poziom nauczania

Obecnie mam doświadczenie na poziomie junior kindergarten - grade 2 i grade 12 college level. To co zdążyłam zauważyć do tej pory, to z pewnością fakt, że system nauczania w Polsce i w Kanadzie jest zupełnie inny. Na tyle inny, że zastanawiam się, czy porównywanie tych dwóch systemów ze sobą ma w ogóle sens.
Jak nauczanie w Polsce wygląda, to każdy z nas wie. Dużo pamięciówek, zero indywidualizacji, mnóstwo detali do zapamiętania i wiedzy szczegółowej. Przeładowany datami program historii, chemia czarna rozpatrz jak dla mnie, a informatyka daleko w tyle za teraźniejszością - do dziś pamiętam, jak siedzieliśmy w parach przy komputerze i wyczekiwaliśmy na słynny dźwięk łączenia z internetem... ehh to wyczekiwanie! To napięcie! A to już sporo po 2000 roku było.
A w Kanadzie jak? Faktycznie program na poziomie 1 i 2 grade jest mniej zaawansowany względem Polski - tu odpowiednio 6 i 7  latki uczą się jeszcze dodawania i odejmowania (w Polsce 7 latki poznają już tabliczkę mnożenia przecież!), sporo kolorują, w grade 2 wprowadzane są dopiero zadania z treścią, od grade 1 są zajęcia komputerowe, prawie nie ma prac domowych - poza projektami raz na średnio kwartał i przygotowaniem się do quizu ze spellingu  raz w tygodniu. Są za to wspomniane projekty - np syn miał przygotować tzw. speech na temat swojej ulubionej książki - przed całą klasą. Musiał opowiedzieć punkt po punkcie, z pamięci, razem z prezentacją owej. Z Polskiej szkoły pamiętam jedynie wygłaszane referaty, gdy komuś brakowało dobrej oceny do podwyższenia. Tu maluchy przygotowują się do publicznych wystąpień od samego początku - co roku są organizowane nawet międzyszkolne konkursy w tej dziedzinie. Efekt taki, że większość dzieciaków po skończeniu szkoły potrafi się zaprezentować - czy to przed pracodawcą czy wznosząc toast na weselu!
Można dyskutować: czy warto dzieciom tłoczyć do głów szczegółową budowę wewnętrzną liścia czy raczej, by dziecko umiało ten liść dopasować do nazwy drzewa?
W Polsce system skupia się na wykształceniu wszechstronnym - na szerokiej wiedzy ogólnej o świecie, podporządkowywaniu się dyscyplinie i przełożonym (nauczycielom), na rywalizacji w wynikach - w Kanadzie natomiast, bardziej na umiejętnościach społecznych, pracy własnej i na indywidualnych wynikach.
Wspomnę jeszcze tylko co do moich własnych doświadczeń z grade 12 - zapisałam się do szkoły na 4 kursy - angielski, matematyka, chemia i biologia - wszystkie na college level (ogólnie są 3 - tzw. zawodowy najniższy, college i university). I jeśli mi ktoś mówi, że nauka to taki pikuś w Kanadzie i w ogóle, to albo jest geniuszem, albo poszedł na poziom zawodowy, gdzie rzeczywiście na matematyce młodzież głównie uczy się posługiwania miarką i przelicza jednostki miar i wag... (bo na tym poziomie tylko tyle potrzebują! Ten poziom ma ich przygotować do podjęcia jakiegoś prostego zawodu i tyle!). Za to nie przypominam sobie w ogóle, bym na polskiej biologii miała tak zaawansowaną genetykę, jaką miałam tutaj... chemia też łatwa nie była (chociaż dla mnie jakakolwiek chemia jest nie do ogarnięcia). Na angielskim tłukłam eseje - na przeróżne tematy - jedne na podstawie książek/filmów, inne były na podstawie własnych doświadczeń, do jeszcze innych musiałam przez miesiąc wiedzę zbierać, zanim zaczęłam w ogóle pisać.

Szkolnictwo wyższe - mam nadzieję, że niebawem będę mogła się wypowiedzieć - na razie czekam na ewaluację polskiego dyplomu.
Aczkolwiek... wszelkie rankingi nie pozostawiają złudzeń... Polska jest daleko daleko w tyle...  (tak tak, wiem, że to Amerykanie je tworzą, więc robią to nijako "pod siebie" no ale jednak nie jesteśmy nawet w pierwszej 3-setce...).


Mit nr. 5: Puste place zabaw

Zimą, przy odczuwalnej -30, tak jak teraz, to sam sobie idź pobiegać... Albo latem odwrotnie - odczuwalna z powodu wysokiej wilgotności powietrza (jeziorka!) +40 - powodzenia...

A tak serio - dzieciaki jak najbardziej na placach zabaw są - głównie wieczorami, bo w dzień od 8.30 do 3 są w przedszkolach czy szkole. W wakacje zwykle są na wszelkich summer camps czy są wyjechane z rodzicami na tzw. cottage gdzie szaleją od rana do wieczora pod chmurką.
Placów zabaw jest dostatek - co kilka ulic jest jakieś miejsce z huśtawkami czy zjeżdżalnią - po prostu ilość dzieci rozkłada się na to wszystko i ich aż tak bardzo nie widać - tak jak np. w Pruszkowie - na całe miasto 60 tys ludzi place zabaw były uwaga uwaga! Aż dwa! Z czego jeden otwarty jakieś 6 lat temu...


Mit nr 6: W Kanadzie nie ma urlopów

W Ontario podstawowy wymiar płatnego urlopu to 10 dni przy pracy na full time. Błąd może wynikać stąd, że możemy wybrać, by pracodawca nam dołączał do pensji owe magiczne min. 4% - wówczas "pozbawiamy" się wypłaty, gdy postanowimy wziąć dni wolne - zwykle tak się dzieje w pracach, gdzie jest duża rotacja pracowników i ogólnie nie najlepiej to świadczy o pracodawcy.
Im lepszy pracodawca, tym mamy lepsze warunki pracy - w tym np wymiar urlopu, a możemy także dostać tzw. sick days, które wykorzystujemy gdy jesteśmy chorzy. Osobiście znam mało ludzi, którzy mają tylko te 10 dni - zwykle wolne dni kształtują się w okolicach 15 na rok, ale znam też przypadki, gdzie tych dni jest 25 (w Polsce to w zasadzie standard... ).
Dodatkowo, w Kanadzie jest sporo świąt tzw, które wypadają albo w piątek, albo w poniedziałek - jeśli jest to święto rządowe, to mamy ten dzień wolny opłacony przez rząd i dostajemy za niego 100% (przy full time, przy part time, jest wyliczany jakiś %) - jeśli zdecydujemy się, albo musimy być tego dnia w pracy, wówczas za ten dzień, w zależności od pracodawcy, dostajemy min. 1,5x (znam przypadki, gdzie jest to 2,5x)
Gdy pozbieramy te dni urlopowe + dni świąteczne, to okaże się, że tego urlopu jest całkiem sporo.


Mit nr 7: Kanadyjczycy nie używają kierunkowskazów

A to akurat nie jest mit...
Nawet wozy policyjne mają z tym problem!





poniedziałek, 26 czerwca 2017

Szpital pediatryczny

Stało się tak, że z niespełna dwumiesięcznym dzieckiem wylądowaliśmy w szpitalu. 14 dni w kompletnie nieznanym środowisku i obyczajach.

Wysoka gorączka, brak apetytu, marudny, zaczyna przelewać się przez ręce. No to szybka decyzja - jedziemy do najbliższego szpitala ogólnego czy trochę dalej, dzieciowego - wybór padł na ten w sąsiednim mieście - McMaster Children's Hospital. Łatwe do odnalezienia Emergency, parking podziemny i pędem do rejestracji - tam pytanie o powód wizyty, okazanie papierka z SIN'em i poczekalnia. Na szczęście prawie pusto - kilka osób przed nami. Mimo tego, takie przypadki jak nasz - kilkutygodniowe dziecko z wysoką gorączką i brak innych objawów, dostają priorytet, więc weszliśmy do gabinetu poza kolejnością.
Gabinet mieści się w zasadzie w poczekalni - ma na celu wstępną ocenę stanu zdrowia (wywiad, temperatura i waga ciała, ciśnienie, saturacja, puls) i kwalifikację do dalszego postępowania. Tu też dają małym pacjentom opaski na rączkę - jedną z wagą, drugą z kodem, imieniem i nazwiskiem. Po przejściu przez ten pokój ponownie czeka się w poczekalni na przyjęcie do dalszych badań, jeśli potrzebne.
My, jako że priorytet, poszliśmy od razu dalej, na oddział, który był podzielony na malutkie jednoosobowe  pokoiki z łóżkami. Tam zaraz zjawił się lekarz rezydent z pielęgniarką - ponowny, szczegółowy wywiad. Opis co będa robić i wyjasnienie na moje wielkie oczy, dlaczego - okazało się, że w takich przypadkach robią standardowy komplet badań - pobierają krew, mocz i płyn mózgowo rdzeniowy. Popodpinali to małe ciałko do kabelków i monitoringów, zjawiła się IV nurse do podłączenia kroplówki (nie miałam świadomości, że dziecko może się w ciągu kilku godzin tak odwodnić!) i zaczęli pobierać wszystko co musieli. Rodzic oczywiście mógł być cały czas z dzieckiem, co też uskuteczniałam. Oj. Ciężko było. Łzy grochy i moje i Małego.
Już na wstępie było wiadomo, że w szpitalu musimy zostać co najmniej 3 dni, bo tyle trwa obserwacja i hodowla ewentualnych bakterii w płynach. Ogólnie pobyt okazał się dłuższy - najpierw wydłużyli nam do 10 dni, a ostatecznie do 14.
Po około 20 minutach przyszły pierwsze wyniki - okazało się, że to infekcja pęcherza nas tak załatwiła - później okaże się jeszcze, że złośliwa bakteria zdążyła dostać się do układu krwionośnego, przez co wydłużono antybiotykoterapię.
Po tych wynikach, przeniesiono nas na oddział, do 4 stanowiskowego pokoju. Każde stanowisko było można oddzielić od reszty kurtynami by zapewnić jakąś prywatność, co bardzo się przydaje przy dłuższych pobytach. Przy łóżkach są rozkładane fotele na których można spać, do tego dostajemy jako opiekunowie poduszkę, koc i prześcieradło. Dziecko dostało miseczkę do mycia, komplet ręczników małych i dużych, paczkę Pampersów i jako, że dokarmiałam mieszanką mleczną, dostaliśmy gotowe do użycia mleko w słoiczkach jednorazowych ze smoczkami. TV i zlew z szafką był całkiem miłym dodatkiem. Dodatkowo można było sobie wykupić dostęp do Wi-Fi.
I utknęliśmy w takich warunkach na dwa tygodnie.
Przez pierwsze 3 dni były całe korowody pielęgniarek, lekarzy junior i senior rezydentów, lekarzy nadzorujących i nawet jakiś pracownik socjalny się trafił zapytać, jak sobie radzimy z tym pobytem jako rodzina.
A później zaczęła się nuda...
Nuda przerywana badaniami najpierw co 4, później 6 a w końcu 12 godzin. - tzw. vital check - czyli sprawdzenie temperatury, stanu wkłucia wenflonu, heart rate, wagi ciała, stanu nawodnienia i ogólnego samopoczucia.
Ogólnie, choć nie zazdroszczę pobytu dzieciom, to warunki mają fajne - młodsze dzieci (te niezakaźne) mają specjalną salę zabaw z mnóstwem zabawek i gier, a starsze oddzielny pokój z ogromnym TV i konsolami gier (wybaczcie, kompletnie na tym się nie znam, więc nie pamiętam co to było, ale mąż zazdrościł :) ), filmami DVD i biblioteczką z książkami. Dla dzieci i młodzieży unieruchomionej w łóżkach, wolontariusze donosili wszystko na życzenie.
Właśnie - wolontariat. Jestem przeogromnie wdzięczna! W szpitalu działa cały system pomocy - rano i po południu przychodzi ktoś nadzorujący i pyta o zapotrzebowanie. Na początku się krępowałam poprosić, bo to człowiek nie nawykły do takich akcji, ale uwierzcie mi, po 5 dniach już dokładnie wiesz, czego potrzebujesz i nieśmiałość idzie w kąt, kiedy po prostu musisz na chwilę odetchnąć od bycia przy szpitalnym łóżku 24h na dobę. Była to dobra okazja by zejść na dół do szpitalnej stołówki i kupić sobie coś do jedzenia, wziąć prysznic czy po prostu wyjść na zewnątrz i posiedzieć na ławeczce. Szczerze przyznam, że teraz o wiele chętniej wrzucam coś do skrzyneczek fundacji Ronald McDonald - dostarczają rodzicom i opiekunom darmową kawę, herbatę i drobne przekąski za darmo. Jak taki ciepły kubek może wesprzeć rodzica po nieprzespanej nocy wpatrującego się w monitor aktywności serca dziecka to wie tylko ten rodzic...

Minusem dla mnie jako rodzica, był tylko jeden prysznic na oddział - tzw. family room, z mocno letnią wodą i często zajęty. Dzieci miały oddzielne toalety - jedna dla zakaźnych, druga dla reszty.
Drugim minusem było to, że z racji sezonu wirusowego potrafili przywieźć na salę dziecko z biegunką i wymiotami a na moje pytanie, czy aby moje dziecko jest bezpieczne odpowiedź brzmiała, że oczywiście, bo zamykam kurtyny no i przecież pielęgniarki zakładają do takiego dziecka odzież ochronną z okularkami i rękawiczkami jednorazowymi i ją zdejmują zaraz po wizycie. No niby fakt, ale ja jednak coś podłapałam pod koniec pobytu, co fajne nie było... to chyba w zasadzie największy minus w tym szpitalu.
A'propo szpitalnego menu dla dzieci - pewnie dla niejednego rodzica jest dużym minusem - moje dziecię było jeszcze za małe, ale słyszałam propozycje dla moich małych sąsiadów - a w menu obiadowym: fish & chips, burgers, hot - dogs, mini pizza, mac & cheese, jakaś zupa + desery owocowe i muffin. Kiedy sąsiadką była mała Hinduska, słyszałam, że dostawała jakieś posiłki specjalne dostosowane do jej diety, więc może było jeszcze coś poza tym, a pielęgniarka czytała jedynie to co najpopularniejsze w dietach - nie wiem.

Plusem w tym szpitalu był dla mnie brak klasycznych obchodów lekarskich, jakie się praktykuje w Polskich szpitalach. Dokładniej pisząc, wizyty lekarskie oczywiście były - w dogodnym czasie dla mnie - tzn. kiedy np. karmiłam dziecko lekarz mówiła, żebym się nie spieszyła, bo nie będzie to dla niej problem, by wpaść za 20 minut. I tak też było. Pamiętam te polskie obchody, gdzie łóżko musiało być zaścielone, wszystko pochowane i pacjent gotowy na zawołanie czekający na łóżku bo dochtory idą z wianuszkiem pielęgniarek, z czego jedna jako przedskoczek wbiegała do sali z okrzykiem "doktor zaraz będzie! Przygotować się!". Tu rozwiązują to inaczej - raz dziennie jest lekarz rezydent, który konsultuje wszystko z lekarzem nadzorującym (rezydent, bo byliśmy w szpitalu uniwersyteckim) i raz na jakiś czas (+ na prośbę) wizyta lekarza głównego. Bez stresu i zbędnych formalności.

Wypis ze szpitala bardzo sprawny - do sali przyniesiono nam papierki, daty badań i wizyty u pediatry. Pouczono nas, że w razie jakichkolwiek niepewności mamy zgłaszać się na emergency no i tyle.

Ufff... mimo tego, że warunki były całkiem dobre to mam nadzieję, że to był ostatni nasz pobyt w szpitalu. Tyle stresu co tam zostawiłam, to wystarczyłoby na kilka lat.





wtorek, 17 stycznia 2017

Zapowiedzi blogowe

Wiem. Tak wiem - już rok 2017 a blog mój jeszcze w 2016... . ALE! Jest i tego jedna bardzo radosna przyczyna!

Otóż powitaliśmy tuż po świętach bożonarodzeniowych naszego drugiego syna :)

W związku z powyższym, zaczynam pisanie cyklu notek o prowadzeniu ciąży w Kanadzie, porodu, opieki poporodowej i pierwszych tygodni życia kanadyjskiego maleństwa. Będzie także garść informacji o formalnościach urzędowych.
Pozwólcie, że się jeszcze trochę ogarnę i wdrożę w nową rutynę... .

środa, 23 listopada 2016

Nie zawsze idealnie - czyli to, co przeszkadza nam w Kanadzie.

Jesienna słoneczna pogoda dobiega końca. Zimno już jest. Dziś temperatura w okolicach zera, szare niebo i gołe gałęzie drzew. Nie nastraja pozytywnie. To sobie ponarzekam dziś dla odmiany.
Tak sobie pomyślałam, ze może mało piszę o tym, co tu nas denerwuje, z czym nie możemy się oswoić, co nas ciągle negatywnie zadziwia - a trochę tego jest. Kanada z pewnością nie jest krajem bez skazy. Jest niesamowicie dużo rzeczy, które nas zachwycają swoją prostotą i praktycznością, ale te negatywy też nie dają o sobie zapomnieć.


1. Droga opieka weterynaryjna.

Nawet bardzo droga. Jak już pisałam, jesteśmy tu z trzema kotami. Koty jak wiadomo, czasami się psują. Zwłaszcza jeden się psuje - taki jego koci urok. Samo postawienie kota na stole weterynaryjnym to koszt w naszej miejscowości w okolicach $85. W tej cenie mamy "badanie przez macanie", temperaturę, ważenie i tętno. Wszystko co ponad to, to dodatkowe koszty, które później dostaniemy ładnie rozpisane na rachunku. Liczą za każdy zużyty wacik, patyczek i plasterek. Ba! nawet napiszą Ci na rachunku, ile centymetrów bandaża zużyto! A Ty płać... Choćby ostatnio, naszej kotce zdarza się mieć zapalenie pęcherza - koszt z medykamentami - $270 za jedną wizytę. Fakt, że zwykle gabinety są wyposażone bardzo dobrze - na miejscu zrobią Ci od ręki wszelkie badania, USG, RTG i inne takie.
I te zdziwienie veta, kiedy widzi moje zdziwienie na cenę i pytanie, czy te zaproponowane badania to konieczne są, bo wie pan, $500 to trochę sporo na nasz budżet, tym bardziej, że gwarancji żadnej nie mam, ze akurat te badania coś wykażą...


2. Sekretarki...

Te automatyczne. Bardzo powszechne tu jest zostawianie wiadomości na sekretarkach już za pierwszym razem. Denerwuje mnie to bardzo, bo czasami zwyczajnie nie zdążę dobiec do telefonu i bach! Czeka mnie odsłuchiwanie i zapisywanie numeru telefonu, zwykle z jakimś przekierowaniem jeszcze, by móc się dodzwonić. Jakby nie było można zadzwonić za 5 minut...


3. Menu multi - opcja i gadanie do maszyny.

Och, to moja udręka - gdziekolwiek chciałabym się dodzwonić - czy to do szkoły syna, lekarza, czy na infolinię dostawcy prądu, mam zwykle w pierwszym rzucie do wyboru ok. 3-4 opcji - ok, to jeszcze jestem w stanie zrozumieć. ALE po tych opcjach mam kolejne... i kolejne... i nierzadko kolejne... a to już potrafi człowieka z równowagi wyprowadzić, zwłaszcza, gdy chce coś na szybko. Mało tego, kilka razy zdarzyło mi się, że do człowieka, takiego żywego, i tak nie udało mi się dokopać, a jedynie do maszyny, z którą można sobie pokonwersować... nienawykłam. Widać, jakaś niedzisiejsza jestem coby z maszynerią gadać.


4. Opieka zdrowotna

To dłuuugi temat... dziś skupie się jednak tylko na tym, co mnie najbardziej uwiera. Głównie jest to możliwość, a raczej brak, zrobienia sobie na własną rękę, prostych badań medycznych typu morfologia czy kilka hormonów, których trzeba pilnować. Nie da się. Wszystko musi przejść przez family doctor. Żadne pieniądze tu nie pomogą, bo nawet wyników nie dostaniesz z laboratorium do ręki, a jedynie zostaną przesłane bezpośrednio do lekarza, więc i tak trzeba się pofatygować. To samo z wszystkimi ultrasound czy prześwietleniami. Wszystko idzie do twojego lekarza i z nim rozmawiaj - nikt ci nic nie powie. Jeśli pewnego dnia stwierdzisz, że przydałaby się wizyta u "kobiecego" lekarza, to i tak musisz przez FD, który zdecyduje, czy na pewno takiej wizyty potrzebujesz - to samo z pediatrą i innymi specjalnościami.
Druga sprawa to pobyt na tzw. Emergency w szpitalu. Mieliśmy niestety dwie okazje do skorzystania i za każdym razem, musieliśmy odczekać sporo. Za pierwszym razem, pobyt zamknął się w około 2 godzinach, natomiast drugi raz, gdzie było trzeba wykonywać dodatkowe badania (RTG), pobyt trwał ponad godzin 5. Narzekaliśmy w Polsce, a tu okazuje się, że wcale nie lepiej.


5. W imię poprawności i dobrego samopoczucia

W sumie sama nie wiem, jak to do końca opisać, by być dobrze zrozumianym. Posłużę się może przykładami z doświadczeń moich, męża i znajomych. Otóż, jest sobie firma, która korzysta z pomocy agencji pracy. Jak im kogoś trzeba, to telefon, cyk, i ktoś do pomocy jest. Czasami trzeba kogoś na dłużej. Agencja przysyła człowieka. Człowiekowi robota się zupełnie nie klei. Więcej straty niż pożytku. Co robi firma? Nikt nic nie mówi, że wiesz, może trochę szybciej, bardziej uważnie, pytaj najpierw, cokolwiek. O nie. Wszystko będzie "good good, keep going". Wieczorem telefon do agencji, ze temu człowiekowi już dziękujemy, chcemy innego. Nie wiem, jaki jest powód takiego traktowania - czegoś nie łapię. To takie trochę zamiatanie pod dywan - nie będziemy sobie robić kłopotu z poprawianiem ciebie i psuciem własnych dobrych humorów, bo możemy wziąć kogoś innego na twoje miejsce. Sama nie wiem, z czego to wynika.


6. Brak potwierdzeń, pieczątek...

Sama się dziwię, że mi tego brakuje. W Polsce przyzwyczaiłam się dość szybko, że na każdy oddany komuś papier, trzeba mieć potwierdzenie, jakąś pieczątkę czy cokolwiek. Tak samo z zawarciem umowy, choćby pracy. Tu owszem, czasami się dostaje - np. w przypadku wynajęcia mieszkania czy leasingu samochodu. W drobniejszych sprawach nie. Czasami można dostać coś na wyraźną prośbę. Niekiedy nawet umowy o prace są na zasadzie słownej (zwłaszcza part time) - i jakoś działa, choć ja długo do tego nie mogłam się przyzwyczaić


7. Krótkie urlopy

W Ontario podstawowy wymiar urlopu to 10 dni, na który sami sobie odkładamy z naszej pensji 4% tzw. vacation pay. Malutko... bardzo. W porównaniu z Polską bladziutko to wypada. Plus taki, że jeśli mamy dobrego pracodawcę, to często mamy w bonusie kilka dni więcej, czasami też tzw. sick days. Wszystko zależy od tego gdzie pracujemy i jak dobrą mamy pracę. Fakt, że w Kanadzie mamy też sporo świąt, które są wolne od pracy a mimo to, mamy za nie płacone - wypadają głównie albo w piątek, albo w poniedziałek - jest to jakaś mała rekompensata. 


8. Przywileje dla kobiet w dwupaku.

Nie występują. W Polsce niemal oburzenie było, gdy ktoś kobiety w ciąży nie przepuścił w kolejce, tudzież miejsca w autobusie nie ustąpił. Tu takich rzeczy w ogóle się nie praktykuje - jak się dowiedziałam, w imię równości. Owszem, są miejsca priorytetowe w komunikacji miejskiej (dla ogólnie potrzebujących), czy miejsca parkingowe dedykowane dla rodzin z małymi dziećmi i kobiet w ciąży, ale to wszystko z tego co zauważyłam. Bo przecież, jak się pomylisz i ustąpisz miejsca kobiecie, która zwyczajnie się grochu z kapustą objadła i jej wywaliło brzuch, a ty jej przykrość zrobisz to co? Więc niech na wszelki wypadek stoi. No i stoi.


9. Wielu nas tu z różnych stron świata

I to w zasadzie plus. Ale ja dziś napiszę o minusach... . Do Kanady ludzie ściągają z każdego zakątka świata - co za tym idzie, niosą ze sobą swoje dziedzictwo kulturowe, przyzwyczajenia i akcent. I na tym ostatnim chciałabym się skupić. Niestety kilka razy zdarzyło mi się już, że dzwoniąc na infolinię odbierała osoba z silnym akcentem, przez który zwyczajnie nie dałam rady nic zrozumieć... no nie szło. Największy problem mam z osobami pochodzenia azjatyckiego (takimi świeżynkami w CA) i Hinduskiego. Duużo uwagi i skupienia ode mnie wymaga taka rozmowa - kilka razy musiałam powiedzieć, ze zadzwonię później... rozmowa nie miała sensu. 
Również, kiedy żyjemy z ludźmi z różnych kultur, trzeba być bardziej uważnym, na to co się mówi, a nawet na to, co się przynosi do jedzenia do pracy do tzw. "wspólnego stołu". Bo Hindusi - to wołowina odpada, Muzułmanie - wieprzowina, a jak jeszcze trafią się ortodoksyjni wyznawcy to mamy zabawę w jedzenie Halal i Koszerne, wielu ludzi w ogóle nie je mięsa od dziecka i tak dalej i dalej... i co do czego przychodzi, to się człowiekowi odechciewa. Z mojego doświadczenia najlepiej sprawdzają się potrawy wegetariańskie, bądź z kurczakiem. 
Ogólnie, to ja się bardzo cieszę, że przyszło mi żyć w takim środowisku, w jakim żyję, bo mam więcej korzyści - ale przypominam, dziś narzekam :)


10. Jedzenie

Ogólnie nie jest źle, ale do smaku tych kanadyjskich serów to się nie przyzwyczaję chyba nigdy. Na szczęście mamy w okolicy sporo polskich z dużym wyborem serów wszelkich i ogólnie nabiału, więc sobie radzimy.
To co na początku mnie frustrowało, to wielkie opakowania wszystkiego - masło - pół kilo, a co się na drobne rozmieniać! Tacka mięsa? 1,5 kilo. To nic, że potrzebujesz tylko dla jednej osoby... . Mąka? ze 3 kilo najmniej. I wychodzisz ze sklepu z 5 rzeczami, a rąk mało nie urywa od ciężaru. 
Teraz już ogarnęłam sklepy gdzie mogę kupić normalne ilości, więc nie ma problemu, ale co się nadźwigaliśmy to nasze. 


czwartek, 15 września 2016

Jesienią pachnie coraz wyraźniej... czas więc na nowy rok szkolny!

Trzecie lato w Kanadzie zostało wspomnieniem. Intensywne, gorące i pracowite przyniosło trochę zmian i nowych doświadczeń.
Z początkiem września zmieniliśmy adres - nadal w Burlington, ale już w 2 bedroom, więc bardziej komfortowo. To co wiąże się ze zmianą miejsca zamieszkania to również zmiana szkoły u Syna - myśleliśmy, kombinowaliśmy i cudowaliśmy co tu robić... w starej szkole Syn spędził 2 lata, więc więzi nawiązane, szkoła oswojona a tu znowu zmiany wprowadzać? Na tydzień przed rozpoczęciem szkoły zdecydowaliśmy się, że jednak tak. Nie do końca przekonani o słuszności decyzji odwiedziliśmy nową szkołę, krótka rozmowa co i jak, wypełnienie papierków (formularz dotyczący rodziców, dane osobowe), przedstawienie dokumentów (akt urodzenia, karta szczepień + potwierdzenie chrztu ze względu na szkołę katolicką) i gotowe. Z poprzednią szkołą nie musieliśmy już nic załatwiać - szkoły wymienią informację między sobą, więc problem transferu papierów odpada. W naszym przypadku Synowi przysługuje już school bus - tak, ten żółty, wielki autobus dowożący dzieci do szkół, które mieszkają w dalszych rejonach. 
Wygląda to tak, że szkoła sama po adresie już wie, które dzieci należy dowieźć (rodzice chętnie z tego korzystają, my także) i już o nic nie trzeba aplikować. Każdy region ma swoją stronkę internetową na której zamieszcza wszystkie nowości dotyczące transportu - trzeba założyć swój profil by móc sprawdzić konkretną trasę autobusu. 
W praktyce wygląda to tak, że rano jest wyznaczone miejsce zbiórki dla dzieci, podjeżdża autobus, dzieciaki ustawiają się w kolejce, wchodzą, wszyscy do siebie machają i dzieci odjeżdżają. Z powrotem wygląda to podobnie - dzieci muszą znać trasę (konkretny numer) autobusu do którego mają wsiąść w szkole i wiedzieć gdzie wysiąść - to samo miejsce z którego wsiadali. 
Martwią mnie tylko dwie rzeczy - w autobusach nie ma pasów bezpieczeństwa + brak opiekuna poza kierowcą. Teoretycznie kierowca sprawuje dwie funkcje w jednym ciele, ale osobiście wolałabym jednak kogoś dodatkowo. Plus taki, że dowóz jest darmowy.
Pierwszy tydzień to jeden wielki stres, jak ten nasz pierworodny się odnajdzie no i te autobusy... pierwszego dnia wrócił z wielkim czerwonym napisem na dłoni z numerem autobusu :) drugiego dnia już bez. Daje radę.
Syn na razie narzeka tylko, że nie ma już zabawek, że trzeba siedzieć w ławkach i słuchać pani. First Grade mój drogi :).

czwartek, 11 sierpnia 2016

Lato, a co z dziećmi?

Otóż to. Lato w pełni - wyjątkowo upalne w tym roku, szkoły puste a dla pracujących rodziców problem... . Jak go rozwiązują tutejsi rodziciele?
Kanadyjczycy całkiem pragmatyczni są i lubią proste rozwiązania. Byle działały.
Tak więc w każdym chyba mieście jest cała gama ofert dla dzieciaków, najczęściej od 5 roku życia, by ten wakacyjny czas jakoś zapełnić.
Większość muzeów, centrów sportowych czy bibliotek organizuje całodniowe tzw. summer day camp oferując opiekę i zajęcia dla dzieci. Jest także sporo punktów nastawionych na prowadzenie zajęć tanecznych, sportowych czy artystycznych, które w roku szkolnym oferują zajęcia pozaszkolne a w wakacje przestawiają się na zajęcia całodniowe.

Minusem takich zajęć są finanse. O ile znośne przy jednym dziecku, tak przy dwójce i więcej może być to już znaczne obciążenie dla budżetu rodzinnego.

Oferta jest dość rozległa, także pod względem kosztów.
Z tego co zaobserwowałam przeglądając różne programy dla naszego Syna, cena za pojedyncze zajęcia (jeden dzień, zwykle w godzinach 9 - 4), kształtuje się w granicach $30-$45. Za tydzień wychodzi zwykle nieco taniej, ale cena raczej nie spada poniżej $160. Zwykle jest to ok. $170 - $220.
Rodziny z niskim dochodem mogą starać się o dofinansowania campów, ale z tego co wiem, miejsc jest bardzo mało i należy robić to z duuużym wyprzedzeniem czasowym - w zasadzie zaraz po Nowym Roku.
Ważna rzecz - wyżywienie we własnym zakresie! Zwykle należy ze sobą zabrać 3 posiłki + coś do picia.

My w tym roku ze względu na to, że pracujemy oboje, wybraliśmy ofertę miejscowego muzeum Ireland House Muzeum: https://museumsofburlington.com/ireland-house/education/camps - w linku macie podany opis zajęć z wyszczególnieniem tygodniowym.

Niektórzy z Was pewnie w tym momencie zapytają "no tak, a dziadkowie, rodzina?". No tak, są... najczęściej albo jeszcze pracują albo... chodzą na własne zajęcia dedykowane seniorom! Rzadko spotykam się tu z całodniową opieką babć i dziadków nad swoimi wnukami. Jeśli już się zajmują, to bardziej na zasadzie odebrania ze szkoły, jednego wieczoru w miesiącu itp - raczej okazjonalnie.
Wynika to z kilku rzeczy - choćby takiej, że często tychże dziadków na miejscu zwyczajnie nie ma, bo albo są gdzieś rozrzuceni po świecie (rodziny emigranckie) albo są w innym mieście czy prowincji. Bardzo często widać tu starszych wiekiem ludzi, którzy przebywają we własnym gronie a nie z gromadką dzieci dookoła. Oczywiście nie oznacza to, że wnukami w ogóle się nie zajmują! Po prostu nie robią tego tak często jak się przyjęło to w Polsce - tu dziadkom daje się prawo do własnego życia i planu dnia.


piątek, 10 czerwca 2016

2 lata...

10 czerwca wylądowaliśmy w Toronto. Dwa lata temu.
Przechodziliśmy przez różne etapy, emocje i rozterki. Były trudności, wielkie niewiadome, niepewności i pytania z cyklu "i co teraz?".

Kilkakrotnie przemodelowaliśmy naszą rodzinę, dostosowując obowiązki do warunków, głównie podyktowanych przez pracę.
Podjęliśmy ryzyko wzięcia nowego auta w leasing trwający 5 lat. To długie zobowiązanie. W zasadzie była to decyzja zastępcza w odpowiedzi na pytanie, czy zostajemy.
Zostajemy.

Po tych dwóch latach wiem jedno - trzeba dużo pokory. Nie raz człowiek zęby zaciskał, bo w Polsce robiło się coś tak, a tu zupełnie nie mają o tym pojęcia.
Wszystko trzeba sprawdzać, uczyć się na nowo, dowiadywać i przyzwyczajać.
Kanada ciągle zaskakuje. Jeden krok do przodu wywołuje kolejne pytania. Kiedy wydaje Ci się, że już! Już prawie rozgryzłeś ten system, nagle Bach! Okazuje się, że nie wiesz nic. I tak z każdym krokiem. Pocieszające jest to, że te kroki mają jakąś określoną liczbę. Kiedyś się skończą.

Przed nami kolejny krok, ale o tym za czas jakiś...

Trudności było, jest i pewnie jeszcze będzie wiele. Daleko nam jednak do masochistów! Radości też mamy wiele. Trzeba zadbać o ten balans. Tydzień mamy wypełniony pracą, szkołą i obowiązkami rodzinnymi. W weekend za to staramy się gdzieś wybyć z domu. Tyle tu pięknych miejsc - czasami nie wiadomo co wybrać. Teraz sezon letni, zaczną się festiwale - znowu będą dylematy gdzie pójść tym razem, bo często coś na siebie się nakłada.

Rodziny i znajomych trochę brak... tu niezawodnym sprzymierzeńcem jest internet.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Aby język giętki powiedział wszystko...

Mogę się założyć, że niejedna osoba stająca w obliczu emigracji miała zagwozdkę w temacie języka. Obcego.
I słusznie!
Jak już się zdecydujemy na ten wielki krok, wybierzemy Ziemię Obiecaną, spakujemy nasz dobytek w dwie walizki to wypadałoby się jakoś przywitać... . I tu się robi problem, bo często wyobrażenie o naszych niesamowitych zdolnościach językowych topnieje jak kanadyjskie lody w lipcu. Jakoś inaczej gadają niż w podręcznikach w szkole, wyrazy skracają, jakieś slangi, akcent to już w ogóle... kto ich uczył?! Życie! Język ewoluuje, żyje, zmienia się cały czas, dostosowuje do dzisiejszej daty i stylu życia - nie ma możliwości, by nauczyć się tego z książek. W polskich szkołach dowiemy się, jak poprawnie budować składnie zdania, jak stosować czasy, poznamy idiomy przy odrobinie szczęścia, może nawet nauczą nas pisać resume i eseje, ale w dalszym ciągu będzie to język nieco sztuczny, podręcznikowy.
Dodam jeszcze, że w Polsce uczą British English, a o angielskim z Ameryki Północnej jedynie wspominają - a różnic w słówkach sporo, w gramatyce też nieco.
To co, czyli nie przejmować się językiem i lecieć mimo tego? Też nie do końca. Podstawy należy znać bezdyskusyjnie. Im więcej nauczymy się w Polsce, tym łatwiej będzie nam w Kanadzie na starcie - a start będzie dość istotny i bardzo wymagający. Załatwić na samym początku trzeba dużo - jakieś mieszkanko, internet, konto w banku, family doctor, SIN i przede wszystkim praca.
Plus taki, że Kanadyjczycy są bardzo wyrozumiali i cierpliwi, kiedy widzą, żeś nowiutki i zielony jak trawka na wiosnę, to zwalniają, używają prostszego języka i da się dogadać.

To co robić, by się nauczyć tego żywego języka? Słuchać, słuchać i słuchać! Telewizja, radio, gazety, jak nie dajesz rady, to zacznij od bajek dla dzieci - tam zwykle mówią trochę wolniej, więc łatwiej załapać. Fajna metoda na naukę melodii języka to śpiewanie - śpiewaj ile wlezie!
Wyjdź do ludzi - tu Kanadyjczycy lubują się w small-talk, który słychać bardzo często. Nie chowaj się, zagadaj, nawet najprostsze zdanie o pogodzie będzie krokiem naprzód.
Sporo ludzi ma w sobie też barierę przed mówieniem, bo boi się, że powie coś błędnie - a jak powiesz coś niegramotnie, to co? Głowę ktoś urwie? No nie! Świat będzie kręcił się nadal. Tu sporo złej roboty robią Polscy nauczyciele w szkołach - głównie skupiają się na błędach swoich uczniów, więc efekt jest jaki jest - boimy się mówić, bo boimy się oceny.

Coś na pocieszenie - im więcej będziemy aktywnie przebywać w środowisku anglojęzycznym, tym szybciej staniemy się komunikatywni. Jeśli jesteśmy na etapie szukania pracy - nie kierujmy się tym, że są/nie ma tam Polaków. Licz na siebie. Z Polakami spotkasz się po pracy w weekend. Z mojego i męża doświadczenia wynika, że na ogarnięcie słownictwa w pracy wystarczy plus/minus miesiąc - później jest szlifowanie. Google translator Twoim przyjacielem... .

Jest jeszcze kwestia dwujęzyczności, bo jak wiemy, drugim oficjalnym językiem w Kanadzie jest francuski. Wygląda w praktyce to tak, że francuski występuje głównie w pismach urzędowych - dostajesz dokument w dwóch wersjach językowych. Poza tym, wszelkie produkty spożywcze, instrukcje obsługi, regulaminy i inne, są również w dwóch językach. I w zasadzie na tym koniec... . Sprawa jedynie wygląda inaczej w Quebec - tam ten język słychać na ulicy - tak mówią, bo osobiście jeszcze tam nie byliśmy.









piątek, 1 stycznia 2016

Pierwszy dzień Nowego Roku

W porannych pieleszach jeszcze będąc, pytamy naszego Pierworodnego co ma ochotę dziś robić.
Odpowiedź była całkiem precyzyjna i stanowcza jak na prawie sześciolatka - mumie chciałby zobaczyć... .Gdzie tu najbliższe mumie? W Royal Ontario Muzeum kilka się uchowało. Szybkie wejście na stronę www, bilety dwa adult, one child, drukareczka  i gotowe. I dokładnie 5 minut po zabraniu wydrukowanych biletów sypnęło śniegiem tak, że za oknem jedynie co było widać to biel. "O... no to pojechaliśmy do Toronto..." To, że pogoda zmienna jest tu bardzo, to nic nowego, więc 20 minut później powietrze przejrzyste jak łza. Świetnie. Jedziemy. Zaparkowaliśmy na całkiem miłym parkingu podziemnym i z myślą, że o 11 rano w Nowy Rok to raczej pustki będą, zadowoleni ruszyliśmy na zwiedzanie. Oj, myliliśmy się bardzo... - tłumy! Tłumy tam były - całe rodziny z dziećmi i seniorami, kto żyw na zwiedzanie! W drodze do muzeum uświadomiliśmy sobie, że w sumie to pewnie nie ostatni raz jedziemy do tego miejsca (boskie jest!), więc taniej wyniesie nas family membership ($149 dla 2 dorosłych + 4 dzieci) niż kupowanie pojedynczych biletów ($83 za naszą trójkę na wszystkie wystawy). Na szczęście tu frontem do klienta, więc szybka zamiana i gotowe! Dodatkowo mamy profity w postaci zniżki do bufetu, sklepiku z pamiątkami, wolny wstęp na wszystkie wystawy czasowe, darmowy wstęp do kilku muzeów na terenie Kanady i zniżki okazjonalne.
Zobaczyliśmy wszystko to, czego nie udało nam się zobaczyć za pierwszym razem i oczywiście mumie. Sztuk trzy, całkiem ładnie zachowane, w eleganckich sarkofagach. Fajnie. Młody zachwycony, stwierdził tylko, że są trochę spooky, co dodało im +10 do fajności.
Posileni w muzealnym bufecie (całkiem przyzwoite jedzenie z dość szerokim wyborem zup, sałat, kanapek na ciepło i tradycyjnych burgerów) wróciliśmy do domu.

Przed nami kolejny rok, z kilkoma planami do spełnienia. Będzie pracowicie. Niech się dzieje!
I Wam, niech też się dobrze los układa.


poniedziałek, 28 grudnia 2015

2015

Za kilka dni kolejny rok.

A 2015?
Pierwsza połowa roku nieco burzliwa, ale co było robić? Zmiany, choć dla mnie na początku bolesne, ostatecznie wyszły na bardzo dobre i rozwojowe. Lepszego wyjścia nie było. Tak więc zmieniłam pracę na part - time, Piotrek dostał full - time i poznaje nowe strony życia.
Druga połowa znacznie spokojniejsza. Stabilizacja tego co już osiągnęliśmy zawodowo. Poszerzamy teraz nasze horyzonty - i to dosłownie! - dzięki kupionemu samochodowi. O ileż łatwiej się żyje... .
Zaczęłam tutejszy High School - oj dużo sił potrzebuję by ciągnąć jednocześnie pracę, szkołę i życie rodzinne. Taki koszt emigracji... .
Syn w Senior Kindergarten co raz lepiej się zadomawia, zawiązuje trwalsze przyjaźnie i już nawet pamięta kilka imion dzieci!

Sukcesy mniejsze czy większe, nieco cieni, coraz mniej wątpliwości - cała mieszanka.

Po 1,5 roku w Kanadzie jesteśmy pewni, że chcemy zapuścić tu nasze korzonki na dłużej. Dobrze się tu czujemy, odnajdujemy siebie samych chociaż czasami padnie jakiś cień.



czwartek, 24 grudnia 2015

Przedświąteczny rozgardiasz

Piękny słoneczny dzień mamy... na zewnątrz  +13 i sam środek przygotowań do świątecznego piątku.
W Polsce właśnie trwa Wigilia.

My do stołu zasiądziemy, kiedy w Polsce będzie trwała Pasterka. Niesamowite jest to przesunięcie czasoprzestrzeni...

Te święta będą o wiele spokojniejsze niż poprzednie. Właściwie to już są. Bardziej przekonani o słuszności podjętej decyzji, bardziej stabilni zawodowo i usatysfakcjonowani warunkami życia.


Niech i Wam się szczęści!



poniedziałek, 14 grudnia 2015

Burza w grudniu

Nie, to nie przenośnia.
Dziś była burza - 14 grudnia.
Pogoda w Kanadzie jest niesamowita...
Zmienna bardzo, zwłaszcza jeśli mieszka się tuż przy wielkim jeziorze.

Grudzień niesamowicie ciepły w tym roku - dziś 12 stopni na plusie.

poniedziałek, 19 października 2015

Wybory!

Dziś, co ciekawe w poniedziałek, w Kanadzie wybieramy nowy parlament i rząd federalny.
Mamy troje liderów - Justin Trudeau (Liberałowie), Stephen Harper (Konserwatyści) i Thomas Mulcair (NDP). To czołowa trójka - poza nimi, jest jeszcze kilkunastu innych kandydujących.

Na kilka tygodni przed wyborami zapukał do naszych drzwi uprzejmy pan z panią ogarniającą nasz budynek (tu nikt się sam po bloku nie pałęta, zawsze jest obstawa blokowa), spisał dane - w sumie moje, bo ja tylko jako kanadyjka mam uprawnienia do głosowania.
Kilka dni później przyszedł pocztą mini poradnik odnośnie głosowania, w dwóch językach oczywiście. Ostatnim rzutem na taśmę przyszła karta informacyjna - voter information card, z danymi i kodem do zeskanowania.

By zagłosować, należy udać się do lokalu wyborczego z wyżej wspomnianą kartą i dokumentem ze zdjęciem i adresem.

Jutro wyniki....

Szczerze mówiąc, to zastanawiałam się nad swoim uczestnictwem w tych wyborach... zdecydowałam jednak, że następnym razem... . Bo jednak, jakoś przygotować się merytorycznie trzeba.


sobota, 11 lipca 2015

Z życia Burlington - Car Show!

Gorący lipcowy dzień, w dodatku sobota.
Pokaz zabytkowych samochodów 10 minut piechotą od naszego bloku - idziemy!
Efekty poniżej




























Warto wspomnieć, że całość aut z wystawy jest własnością osób prywatnych. Nic tylko pozazdrościć :) Było co oglądać...

środa, 10 czerwca 2015

Pierwszy rok w Kanadzie za nami

Wierzyć się nie chce, że minął już rok.
Czy żałujemy? Nie, na pewno nie.
Czy podjęlibyśmy tę decyzję jeszcze raz? Tak. Chociaż zmienilibyśmy kilka rzeczy, które wyszły w trakcie pobytu.
Jedno jest pewne - rok to tyle co nic, by Kanadę poznać. Ciągle są rzeczy, które są dla nas nowością i nas zaskakują - pewnie długo jeszcze to potrwa.

Są rzeczy, które nas zachwycają, są też takie, które spędzają nam sen z powiek. Jak wszędzie. Kwestia bilansu zysków i strat.

Czy planujemy wracać do Polski? Nie wykluczamy takiej opcji, ale wolelibyśmy jednak zostać tu, gdzie jesteśmy. Może jedynie przeprowadzić się w inne miejsce.

środa, 27 maja 2015

Jak wygląda życie w bloku

O samej procedurze dostania się do takiego apartamentu w bloku pisałam już TU i trochę TU.
Nie przypominam sobie z Polski bloków w tej formie co tu, w Kanadzie. Otóż różnic jest kilka - pierwszą daje się zauważyć już przy samym wejściu - wchodzimy do loby a nie do blokowej klatki. Loby to zwykle reprezentacyjne pomieszczonko, coś w rodzaju holu, gdzie można wygodnie poczekać na kogoś, zwykle znajduje się też tam recepcja z ochroniarzem, miejsce na darmowe gazety i skrzynki pocztowe. Jak łątwo się domyślić, im ceny wynajmu wyższe, tym loby bardziej okazałe.

Co do poczty - nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale jeśli dostajemy paczkę/coś co ma być doręczone do "rąk własnych", wówczas jesteśmy wzywani przez domofon na dół, by przesyłkę odebrać - jeśli nie ma nikogo w domu, wtedy w naszej skrzynce zostawiana jest kartka z informacją o możliwości odbioru. Funkcję domofonu pełni nasz... telefon komórkowy! Przy podpisywaniu umów podajemy swój numer, który jest wprowadzany do systemu, więc jeśli ktoś chce się do nas dostać, wybiera z listy lokatorów nasze nazwisko i uzyskuje połączenie bezpośrednio z nami - a my, jeśli chcemy, wpuszczamy taką osobę do środka, wpisując kod w nasz telefon otwierając tym samym drzwi naszemu gościowi - całkiem sprytne.

Dla nowo przybyłych z Polski zaskoczeniem może być brak pralki w mieszkaniu. Nie ma. Są za to publiczne, zwykle na każdym piętrze w specjalnym pomieszczeniu. Pralka i obok suszarka. Żeby skorzystać z tego przybytku, najpierw trzeba zaopatrzyć się w kartę, którą sobie dowolnie doładowujemy w automacie dostępnym na terenie bloku. Ładujemy do pralki pranie, nalewamy co trzeba, wkładamy kartę, wybieramy program i już gotowe. Koszt jednego prania to $2.25. Wkład całkiem spory, ale dla mnie minusem jest krótki czas prania - jedynie 30 min. co czasami nie wystarcza. Suszarka za to w tej samej cenie pracuje godzinę co jest ok.

Fajnym pomysłem jest organizowanie eventów świątecznych w loby. Na kilkanaście dni przed wydarzeniem pojawia się kartka z informacją by się zjawić i wspólnie bawić. Korzystamy. Bardzo sympatyczne było na dotychczasowych spotkaniach. Wygląda to tak, że w loby przygotowany jest jakiś stół z napojami i przekąskami, gra jakaś muzyka i w zależności od okoliczności są odpowiednie akcenty - na Halloween organizatorzy byli poprzebierani, na święta Bożego Narodzenia był Mikołaj z drobnymi prezentami dla dzieci. Bardzo fajna inicjatywa.

Jak się mieszka w 18 piętrowym wieżowcu, czasami zdarzają się niespodziewane atrakcje - np. w postaci fire alarm. W każdym mieszkaniu jest instalowany głośnik, który umarłego by obudził. W razie alarmu zaczyna wydawać przerywane piszczenie. Głośne. Bardzo głośne. Nie ma obowiązku opuszczania mieszkania, ale... ciężko wytrzymać. My wychodzimy bo to potrafi pipczeć kilka dobrych minut (do momentu przyjazdu straży pożarnej). Oczywiście dyrdać trzeba klatką schodową bo windy są wyłączane, więc trochę to schodzi (mieszkamy na 14 piętrze), wszyscy zbierają się w loby i okolicach drzwi wejściowych. Takich alarmów było chyba ze 4 z czego pierwszy był w okolicach 4 nad ranem... . Taki urok życia w dużym bloku.

Ostatnia chyba rzecz, niewiele różniąca się od tego co znamy z Polski, to różne naprawy. Jeśli coś się zepsuło, odpadło, pociekło itp. to zgłaszamy to w biurze (w tym samym bloku) na specjalnym formularzu, po czym zwykle tego samego dnia przychodzi pan złota rączka i na koszt administracyjny nam naprawia. Ekipa sprzątająca jest cały czas ta sama, sprzątane jest codziennie.
Ciekawostka - osoby dbające o naprawy i czystość mają obowiązek mieszkania w tym samym bloku - mieszkanie mają za darmo + normalną pensję do tego. To w razie jakichś większych awarii, by zawsze ktoś był by pomóc.

Czasami czuję się jak w akademiku dla dorosłych - nieraz ktoś zjeżdża w szlafroku po poranną gazetkę albo kawę do sklepu na dole (pod naszym blokiem znajduje się mini market w strefie handlowej, do której mamy bezpośredni dostęp przez drzwi), czy kiedy idę wstawić w kapciach pranie mijam kogoś kto własnie się wprowadza/wyprowadza i się stara uporać z wszystkimi bambetlami.
Fajnie jest :)


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jest!

Wiosna jest! Nareszcie :)

Od wczoraj piękne słońce i + 16 stopni.
Zwykle puste ulice zapełniły się po brzegi spacerowiczami - nawet nie przypuszczałam, że może tu być tak tłoczno na chodnikach!
Radocha niesamowita po tylu dniach zimy :)

poniedziałek, 30 marca 2015

How are you today?

To przywitanie słychać wszędzie i o każdej porze dnia i nocy. Pyta o to pani w sklepie, na poczcie i w banku. Pyta także o to kierowca przy wsiadaniu do autobusu i portier w bloku.
Bardzo popularny jest tutaj tzw "small - talk" i radze go dobrze opanować już przed przyjazdem do Kanady, bo przyda się najprawdopodobniej już kilka minut po postawieniu stopy na kanadyjskiej ziemi.
Niektórzy emigranci uważają to za przejaw sztucznej sympatii, bo tak naprawdę naszego rozmówcy nie interesuje nasza odpowiedź - pyta z przyzwyczajenia i grzeczności, a nie z ciekawości tudzież chęci pomocy. Zgodzę się z tym częściowo. Pracuję z ludźmi cały czas, 7 miesięcy w jednym miejscu. Jeśli chodzi o naszych klientów, to zauważyłam, że im dłużej się "znamy" tym ten small-talk jest dłuższy, czasami przeradza się w krótką pogawędkę. To samo jeśli chodzi o współpracowników - owo "how are you?" to taki papierek lakmusowy kontaktu - przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Jeśli w odpowiedzi pada krótkie "good", "ok" czy coś w tym stylu - relacje poprawne. Jeśli natomiast odpowiedź jest bardziej rozwinięta, baa! czasami nawet pojawia się jakieś narzekanie, to już jest całkiem nieźle - zaliczamy się do kręgu "bliższych znajomych". Oczywiście to co piszę, to spore uogólnienie, bo trzeba wziąć pod uwagę, że w innym miejscu pracy kultura dotycząca kontaktów personalnych może już się różnić choćby z samej specyfiki pracy.
Króluje także przekonanie, że Kanadyjczycy to wieczni optymiści - że u nich zawsze jest "everything is fine". Nie do końca. Każdy ma problemy, ale nie każdy chce o nich mówić. Kanadyjczycy raczej trzymają się zasady, że swoimi problemami nie obarcza się osób postronnych, np. własnie kolegów z pracy, których problem nie dotyczy. W miarę zacieśniania się relacji, pojawiają się także jakieś informacje dotyczące życia prywatnego i problemów z nim związanych.
Moim zdaniem więc, Kanadyjczycy owszem, są powierzchowni w kontaktach z ludźmi, ale tych codziennych, gdzie i znajomość jest nietrwała. Po za tym, nawiązują również głębokie i trwałe przyjaźnie jak każdy normalny człowiek.
Jak się z tym czuję na co dzień? Nie przeszkadza mi to jakoś bardzo. W sumie, to nawet zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Czasami bywa to męczące, zwłaszcza gdy pracuje się w customer service, ale też łatwiej jest zacząć jakąś rozmowę - później już jakoś się toczy.

wtorek, 24 marca 2015

Zima cały czas...

Nie odpuszcza za nic. Dziś rano -7. Co prawda śniegu już prawie nie ma, ale wiosny za specjalnie też nie widać jeszcze. Ciekawe, że według prognozy pogody jutro ma być +9. Niestety takie skoki temperaturowe są tu całkowicie normalne i nikogo nie dziwią. Ja z Polski jednak sobie aż takich (różnica 16 stopni na dobę), wahań o tej porze roku nie pamiętam. Minus tego taki, że samopoczucie jest fatalne... przynajmniej u nas - ospałość i zmęczenie bez powodu w jednym. Niefajnie.
Nadal czekamy na wiosnę... .