Stało się tak, że z niespełna dwumiesięcznym dzieckiem wylądowaliśmy w szpitalu. 14 dni w kompletnie nieznanym środowisku i obyczajach.
Wysoka gorączka, brak apetytu, marudny, zaczyna przelewać się przez ręce. No to szybka decyzja - jedziemy do najbliższego szpitala ogólnego czy trochę dalej, dzieciowego - wybór padł na ten w sąsiednim mieście - McMaster Children's Hospital. Łatwe do odnalezienia Emergency, parking podziemny i pędem do rejestracji - tam pytanie o powód wizyty, okazanie papierka z SIN'em i poczekalnia. Na szczęście prawie pusto - kilka osób przed nami. Mimo tego, takie przypadki jak nasz - kilkutygodniowe dziecko z wysoką gorączką i brak innych objawów, dostają priorytet, więc weszliśmy do gabinetu poza kolejnością.
Gabinet mieści się w zasadzie w poczekalni - ma na celu wstępną ocenę stanu zdrowia (wywiad, temperatura i waga ciała, ciśnienie, saturacja, puls) i kwalifikację do dalszego postępowania. Tu też dają małym pacjentom opaski na rączkę - jedną z wagą, drugą z kodem, imieniem i nazwiskiem. Po przejściu przez ten pokój ponownie czeka się w poczekalni na przyjęcie do dalszych badań, jeśli potrzebne.
My, jako że priorytet, poszliśmy od razu dalej, na oddział, który był podzielony na malutkie jednoosobowe pokoiki z łóżkami. Tam zaraz zjawił się lekarz rezydent z pielęgniarką - ponowny, szczegółowy wywiad. Opis co będa robić i wyjasnienie na moje wielkie oczy, dlaczego - okazało się, że w takich przypadkach robią standardowy komplet badań - pobierają krew, mocz i płyn mózgowo rdzeniowy. Popodpinali to małe ciałko do kabelków i monitoringów, zjawiła się IV nurse do podłączenia kroplówki (nie miałam świadomości, że dziecko może się w ciągu kilku godzin tak odwodnić!) i zaczęli pobierać wszystko co musieli. Rodzic oczywiście mógł być cały czas z dzieckiem, co też uskuteczniałam. Oj. Ciężko było. Łzy grochy i moje i Małego.
Już na wstępie było wiadomo, że w szpitalu musimy zostać co najmniej 3 dni, bo tyle trwa obserwacja i hodowla ewentualnych bakterii w płynach. Ogólnie pobyt okazał się dłuższy - najpierw wydłużyli nam do 10 dni, a ostatecznie do 14.
Po około 20 minutach przyszły pierwsze wyniki - okazało się, że to infekcja pęcherza nas tak załatwiła - później okaże się jeszcze, że złośliwa bakteria zdążyła dostać się do układu krwionośnego, przez co wydłużono antybiotykoterapię.
Po tych wynikach, przeniesiono nas na oddział, do 4 stanowiskowego pokoju. Każde stanowisko było można oddzielić od reszty kurtynami by zapewnić jakąś prywatność, co bardzo się przydaje przy dłuższych pobytach. Przy łóżkach są rozkładane fotele na których można spać, do tego dostajemy jako opiekunowie poduszkę, koc i prześcieradło. Dziecko dostało miseczkę do mycia, komplet ręczników małych i dużych, paczkę Pampersów i jako, że dokarmiałam mieszanką mleczną, dostaliśmy gotowe do użycia mleko w słoiczkach jednorazowych ze smoczkami. TV i zlew z szafką był całkiem miłym dodatkiem. Dodatkowo można było sobie wykupić dostęp do Wi-Fi.
I utknęliśmy w takich warunkach na dwa tygodnie.
Przez pierwsze 3 dni były całe korowody pielęgniarek, lekarzy junior i senior rezydentów, lekarzy nadzorujących i nawet jakiś pracownik socjalny się trafił zapytać, jak sobie radzimy z tym pobytem jako rodzina.
A później zaczęła się nuda...
Nuda przerywana badaniami najpierw co 4, później 6 a w końcu 12 godzin. - tzw. vital check - czyli sprawdzenie temperatury, stanu wkłucia wenflonu, heart rate, wagi ciała, stanu nawodnienia i ogólnego samopoczucia.
Ogólnie, choć nie zazdroszczę pobytu dzieciom, to warunki mają fajne - młodsze dzieci (te niezakaźne) mają specjalną salę zabaw z mnóstwem zabawek i gier, a starsze oddzielny pokój z ogromnym TV i konsolami gier (wybaczcie, kompletnie na tym się nie znam, więc nie pamiętam co to było, ale mąż zazdrościł :) ), filmami DVD i biblioteczką z książkami. Dla dzieci i młodzieży unieruchomionej w łóżkach, wolontariusze donosili wszystko na życzenie.
Właśnie - wolontariat. Jestem przeogromnie wdzięczna! W szpitalu działa cały system pomocy - rano i po południu przychodzi ktoś nadzorujący i pyta o zapotrzebowanie. Na początku się krępowałam poprosić, bo to człowiek nie nawykły do takich akcji, ale uwierzcie mi, po 5 dniach już dokładnie wiesz, czego potrzebujesz i nieśmiałość idzie w kąt, kiedy po prostu musisz na chwilę odetchnąć od bycia przy szpitalnym łóżku 24h na dobę. Była to dobra okazja by zejść na dół do szpitalnej stołówki i kupić sobie coś do jedzenia, wziąć prysznic czy po prostu wyjść na zewnątrz i posiedzieć na ławeczce. Szczerze przyznam, że teraz o wiele chętniej wrzucam coś do skrzyneczek fundacji Ronald McDonald - dostarczają rodzicom i opiekunom darmową kawę, herbatę i drobne przekąski za darmo. Jak taki ciepły kubek może wesprzeć rodzica po nieprzespanej nocy wpatrującego się w monitor aktywności serca dziecka to wie tylko ten rodzic...
Minusem dla mnie jako rodzica, był tylko jeden prysznic na oddział - tzw. family room, z mocno letnią wodą i często zajęty. Dzieci miały oddzielne toalety - jedna dla zakaźnych, druga dla reszty.
Drugim minusem było to, że z racji sezonu wirusowego potrafili przywieźć na salę dziecko z biegunką i wymiotami a na moje pytanie, czy aby moje dziecko jest bezpieczne odpowiedź brzmiała, że oczywiście, bo zamykam kurtyny no i przecież pielęgniarki zakładają do takiego dziecka odzież ochronną z okularkami i rękawiczkami jednorazowymi i ją zdejmują zaraz po wizycie. No niby fakt, ale ja jednak coś podłapałam pod koniec pobytu, co fajne nie było... to chyba w zasadzie największy minus w tym szpitalu.
A'propo szpitalnego menu dla dzieci - pewnie dla niejednego rodzica jest dużym minusem - moje dziecię było jeszcze za małe, ale słyszałam propozycje dla moich małych sąsiadów - a w menu obiadowym: fish & chips, burgers, hot - dogs, mini pizza, mac & cheese, jakaś zupa + desery owocowe i muffin. Kiedy sąsiadką była mała Hinduska, słyszałam, że dostawała jakieś posiłki specjalne dostosowane do jej diety, więc może było jeszcze coś poza tym, a pielęgniarka czytała jedynie to co najpopularniejsze w dietach - nie wiem.
Plusem w tym szpitalu był dla mnie brak klasycznych obchodów lekarskich, jakie się praktykuje w Polskich szpitalach. Dokładniej pisząc, wizyty lekarskie oczywiście były - w dogodnym czasie dla mnie - tzn. kiedy np. karmiłam dziecko lekarz mówiła, żebym się nie spieszyła, bo nie będzie to dla niej problem, by wpaść za 20 minut. I tak też było. Pamiętam te polskie obchody, gdzie łóżko musiało być zaścielone, wszystko pochowane i pacjent gotowy na zawołanie czekający na łóżku bo dochtory idą z wianuszkiem pielęgniarek, z czego jedna jako przedskoczek wbiegała do sali z okrzykiem "doktor zaraz będzie! Przygotować się!". Tu rozwiązują to inaczej - raz dziennie jest lekarz rezydent, który konsultuje wszystko z lekarzem nadzorującym (rezydent, bo byliśmy w szpitalu uniwersyteckim) i raz na jakiś czas (+ na prośbę) wizyta lekarza głównego. Bez stresu i zbędnych formalności.
Wypis ze szpitala bardzo sprawny - do sali przyniesiono nam papierki, daty badań i wizyty u pediatry. Pouczono nas, że w razie jakichkolwiek niepewności mamy zgłaszać się na emergency no i tyle.
Ufff... mimo tego, że warunki były całkiem dobre to mam nadzieję, że to był ostatni nasz pobyt w szpitalu. Tyle stresu co tam zostawiłam, to wystarczyłoby na kilka lat.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 26 czerwca 2017
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Ciąża część V ostatnia
W poprzednich postach opisałam mniej więcej jak to wszystko wygląda formalnie, a dziś chciałabym podzielić się z Wami jednym z najbardziej osobistych przeżyć, jakie jest dane kobiecie doświadczyć.
Z różnych względów miałam mieć zrobione cięcie cesarskie - wyznaczono mi termin i godzinę stawienia się na oddział. Cóż z tego, jak dzieciątko zdecydowało się przyjść 2 dni wcześniej...
Z torbą, mężem i starszym dzieckiem stawiłam się na oddział pewna, że zaraz mnie przygotują do cięcia i za chwilę będziemy już we czwórkę. Nic z tych rzeczy. Właśnie trwała operacja, więc anestezjolog był zajęty. No nic - akcja dopiero się rozkręca - myślę sobie - poczekam. Przydzielono mi położną - całkiem fajną babkę, sporą salę z łazienką, rozkładanym fotelem i TV. Moich chłopaków odesłałam do domu a sama poddałam się procedurom szpitalnym - przebrałam się w szarobury kostium (czy ktoś z szanownych tu wie, jak się to zakłada poprawnie?!), oddałam krew, założono mi IV, położna przeleciała ze mną jeszcze raz przez wszystkie papierki i ankiety. Po podłączeniu KTG umościłam się wygodnie na łóżku i tak sobie czekam... a skurcze coraz mocniejsze... . Pytam nieśmiało - co z tą cesarką - na co mi odpowiadają, że jeszcze anestezjolog zajęty. Mi się coraz goręcej robi, siedzieć na łóżku już nie dam rady więc łażę jak nakręcona po sali z kroplówką i KTG (ha! takie bezprzewodowe mi dali) - po czym okazuje się, że za lekko ponad godzinę będę cięta. No cóż - ze szpitala uciekać nie wypada, więc dalej łażę i się pocę coraz mocniej wyciągając z otchłani pamięci modlitwy i wezwania do bogów wszelkich. I tak sobie wychodziłam całkiem mocne, krzyżowe i regularne skurcze, co akurat wcale mi nie pomagało. Jednym uchem słyszałam rozmowę dwóch położnych - mojej i innej pacjentki rodzącej w tym samym czasie... okazało się, że moja konkurentka do cesarki musi mieć priorytet bo coś idzie nie tak jak powinno... ja w tym czasie zbladłam, bo wiem z doświadczenia, ze procedura na samej sali trwa około godziny a ja już porządnie spocona i w bólu całkiem porządnym klnę na cały świat. Położna przychodzi i mówi jak jest, że ja dam radę, że jeszcze mamy czas, że świetnie sobie radzę (tu mam ochotę ją, delikatnie mówiąc, uświadomić jak się czuję, ale odpowiedników w angielskim mi zabrakło) i że ona mi gaz rozweselający przyniesie. Dawaj kobieto cokolwiek masz! Myślę sobie. Byle szybko i działało, bo gotowam brzydkich polskich słów zacząć używać, by sobie ulżyć chociaż tak (kilka soczystych pań lekkich obyczajów i tak wysyczałam). Zassałam się do tego gazu jak do zbawienia. No... w bólu to szczerze mówiąc średnio pomagało ale za to jaki odjazd! A w zasadzie to odlot... . Nie wiedziałam, że między skurczami które są co minutę, można zasnąć - można. Zwłaszcza odpływając po gazie. Pamiętałam, że położna namawiała mnie na zakończenie naturalne, bo tak świetnie mi idzie - mówi, ze już prawie koniec, że jeszcze trochę i będzie po wszystkim. Mój wzrok chyba musiał zabijać, bo już więcej mi nie proponowała... Wtem nadszedł mój wybawca anestezjolog z radosną nowiną, że już zaraz za momencik, właśnie salę czyszczą po poprzedniej cesarce a on tylko kilka pytań zada. Coś mi tam czytał o konsekwencjach możliwych, czy się zgadzam i coś jeszcze - szczerze mówiąc, mam tylko nadzieję, ze nie wyraziłam jakiejś zgody na wycięcie nerki czy coś, bo świadoma tego co do mnie mówią, nie byłam w ogóle. Przetransportowali mnie na salę operacyjną. Z pomocą mojej położnej wdrapałam się na stół, zaraz znieczulonko i uffff co za ulga... szybki test czy działa, parawanik i cięcie. 10 minut i słyszę głos jednej z asystujących "o may God! He's huge!!!" No przecież mówiłam, że będzie wielki! I zaraz już usłyszałam najpiękniejszą melodię tego pierwszego rozdzierającego płaczu mojego 4.665 kilowego synka. Malucha pokazali, od razu założyli bransoletkę z kodem na stópkę, pierwsze badania i lekarka spytała, czy może dziecko pokazać ojcu w sąsiedniej sali.
Po skończonym szyciu przewieźli mnie do sali przejściowej, gdzie czekała na mnie reszta rodziny. Tam przyszedł też neonatolog do dziecka, dostałam wodę do picia (hurra! w Polsce dopiero po kilku godzinach można), pierwsze przytulanie skin to skin i zaraz pojechałam razem z łóżkiem do czteroosobowej sali ogólnej. Akurat byłam sama, z czego się ucieszyłam bo w takich okolicznościach jakoś szczególnie towarzyska nie jestem. Chwilkę odpoczęłam, rozczuliłam nad wyjątkowym pięknem dzieciątka i po około godzinie przyszła pielęgniarka pomóc wstać i się ogarnąć. Zaprowadziła do łazienki gdzie mi asystowała przy myciu, pokazała gdzie co jest, kazała dzwonić bzyczkiem kiedy tylko będę potrzebowała i sobie poszła. Ach - jeszcze leki przeciwbólowe zostawiła i spytała, czy jakiejś przekąski nie potrzebuję. Naćpana hormonami, morfiną i resztkami gazu, zdecydowanie potrzebowałam jedynie chwili spokoju sam na sam z dzieckiem. Owinęłam się parawanem dookoła łóżka i delektowałam chwilą.
Co do posiłków, to są 3 razy dziennie, menu do wyboru, jakość szczerze mówiąc taka sobie, ale zjadliwe i da się najeść. A - nie ma tu czegoś takiego jak dieta matki karmiącej, tak popularnej na polskich oddziałach położniczych.
Nie będę Was zanudzać opisem całego pobytu w szpitalu, jedynie wspomnę jedną z ciekawszych wizyt pani pracownik socjalnej, która między innymi zadała mi pytanie, czy mam jakieś wątpliwości co do dziecka. Ale że co!? Czy że moje? Czy mąż ma jakieś niepewności? Ach nie - chodzi o to, czy jestem zdecydowana zabrać je do domu... całkiem fajne - myślę sobie - wezmę, skoro już się tak umęczyłam... . Nie powiem, że nie, zaskoczyło mnie to pytanie, ale w sumie bardzo dobrze, że jest. Byłam także pytana, czy jesteśmy przygotowani finansowo na dziecko, czy będę miała jakąś pomoc i wsparcie, i czy (bardzo ważne!) wcześniej miałam depresję poporodową. Dostałam pakiet ulotek większych i mniejszych, gdzie się zgłaszać w razie problemów i wątpliwości o każdej porze dnia i nocy. Bardzo brakowało mi tego w Polsce, bo o depresji poporodowej niestety mówi się raczej w kategoriach fanaberii i wymysłów... a to bardzo przykre i krzywdzące.
Były też odwiedziny pani laktacyjnej i chirurg, która mnie cięła, mojego ginekologa prowadzącego i pani badającej słuch dziecka.
Podsumowując powyższy wpis... mam niestety żal o tak późną cesarkę - ogólnie czekałam na nią od momentu trafienia do sali porodowej do sali operacyjnej około 4.5 godziny. Długo. Zważywszy na to, że bez znieczulenia (epidural nie może być podany bez obecności anestezjologa) to zdecydowanie za długo. Dużo zawdzięczam położnej, która ze stoickim opanowaniem oddychała razem ze mną i dodawała otuchy. Cud się tylko stał, że nie zdecydowałam się jednak na poród naturalny bo była by katastrofa - według słów chirurga nie miałam szans urodzić naturalnie. Ogólnie skończyło się dobrze, pobyt po porodzie wspominam sympatycznie, ale doświadczenie bólu skurczów zostanie chyba ze mną jeszcze na długo.
Z różnych względów miałam mieć zrobione cięcie cesarskie - wyznaczono mi termin i godzinę stawienia się na oddział. Cóż z tego, jak dzieciątko zdecydowało się przyjść 2 dni wcześniej...
Z torbą, mężem i starszym dzieckiem stawiłam się na oddział pewna, że zaraz mnie przygotują do cięcia i za chwilę będziemy już we czwórkę. Nic z tych rzeczy. Właśnie trwała operacja, więc anestezjolog był zajęty. No nic - akcja dopiero się rozkręca - myślę sobie - poczekam. Przydzielono mi położną - całkiem fajną babkę, sporą salę z łazienką, rozkładanym fotelem i TV. Moich chłopaków odesłałam do domu a sama poddałam się procedurom szpitalnym - przebrałam się w szarobury kostium (czy ktoś z szanownych tu wie, jak się to zakłada poprawnie?!), oddałam krew, założono mi IV, położna przeleciała ze mną jeszcze raz przez wszystkie papierki i ankiety. Po podłączeniu KTG umościłam się wygodnie na łóżku i tak sobie czekam... a skurcze coraz mocniejsze... . Pytam nieśmiało - co z tą cesarką - na co mi odpowiadają, że jeszcze anestezjolog zajęty. Mi się coraz goręcej robi, siedzieć na łóżku już nie dam rady więc łażę jak nakręcona po sali z kroplówką i KTG (ha! takie bezprzewodowe mi dali) - po czym okazuje się, że za lekko ponad godzinę będę cięta. No cóż - ze szpitala uciekać nie wypada, więc dalej łażę i się pocę coraz mocniej wyciągając z otchłani pamięci modlitwy i wezwania do bogów wszelkich. I tak sobie wychodziłam całkiem mocne, krzyżowe i regularne skurcze, co akurat wcale mi nie pomagało. Jednym uchem słyszałam rozmowę dwóch położnych - mojej i innej pacjentki rodzącej w tym samym czasie... okazało się, że moja konkurentka do cesarki musi mieć priorytet bo coś idzie nie tak jak powinno... ja w tym czasie zbladłam, bo wiem z doświadczenia, ze procedura na samej sali trwa około godziny a ja już porządnie spocona i w bólu całkiem porządnym klnę na cały świat. Położna przychodzi i mówi jak jest, że ja dam radę, że jeszcze mamy czas, że świetnie sobie radzę (tu mam ochotę ją, delikatnie mówiąc, uświadomić jak się czuję, ale odpowiedników w angielskim mi zabrakło) i że ona mi gaz rozweselający przyniesie. Dawaj kobieto cokolwiek masz! Myślę sobie. Byle szybko i działało, bo gotowam brzydkich polskich słów zacząć używać, by sobie ulżyć chociaż tak (kilka soczystych pań lekkich obyczajów i tak wysyczałam). Zassałam się do tego gazu jak do zbawienia. No... w bólu to szczerze mówiąc średnio pomagało ale za to jaki odjazd! A w zasadzie to odlot... . Nie wiedziałam, że między skurczami które są co minutę, można zasnąć - można. Zwłaszcza odpływając po gazie. Pamiętałam, że położna namawiała mnie na zakończenie naturalne, bo tak świetnie mi idzie - mówi, ze już prawie koniec, że jeszcze trochę i będzie po wszystkim. Mój wzrok chyba musiał zabijać, bo już więcej mi nie proponowała... Wtem nadszedł mój wybawca anestezjolog z radosną nowiną, że już zaraz za momencik, właśnie salę czyszczą po poprzedniej cesarce a on tylko kilka pytań zada. Coś mi tam czytał o konsekwencjach możliwych, czy się zgadzam i coś jeszcze - szczerze mówiąc, mam tylko nadzieję, ze nie wyraziłam jakiejś zgody na wycięcie nerki czy coś, bo świadoma tego co do mnie mówią, nie byłam w ogóle. Przetransportowali mnie na salę operacyjną. Z pomocą mojej położnej wdrapałam się na stół, zaraz znieczulonko i uffff co za ulga... szybki test czy działa, parawanik i cięcie. 10 minut i słyszę głos jednej z asystujących "o may God! He's huge!!!" No przecież mówiłam, że będzie wielki! I zaraz już usłyszałam najpiękniejszą melodię tego pierwszego rozdzierającego płaczu mojego 4.665 kilowego synka. Malucha pokazali, od razu założyli bransoletkę z kodem na stópkę, pierwsze badania i lekarka spytała, czy może dziecko pokazać ojcu w sąsiedniej sali.
Po skończonym szyciu przewieźli mnie do sali przejściowej, gdzie czekała na mnie reszta rodziny. Tam przyszedł też neonatolog do dziecka, dostałam wodę do picia (hurra! w Polsce dopiero po kilku godzinach można), pierwsze przytulanie skin to skin i zaraz pojechałam razem z łóżkiem do czteroosobowej sali ogólnej. Akurat byłam sama, z czego się ucieszyłam bo w takich okolicznościach jakoś szczególnie towarzyska nie jestem. Chwilkę odpoczęłam, rozczuliłam nad wyjątkowym pięknem dzieciątka i po około godzinie przyszła pielęgniarka pomóc wstać i się ogarnąć. Zaprowadziła do łazienki gdzie mi asystowała przy myciu, pokazała gdzie co jest, kazała dzwonić bzyczkiem kiedy tylko będę potrzebowała i sobie poszła. Ach - jeszcze leki przeciwbólowe zostawiła i spytała, czy jakiejś przekąski nie potrzebuję. Naćpana hormonami, morfiną i resztkami gazu, zdecydowanie potrzebowałam jedynie chwili spokoju sam na sam z dzieckiem. Owinęłam się parawanem dookoła łóżka i delektowałam chwilą.
Co do posiłków, to są 3 razy dziennie, menu do wyboru, jakość szczerze mówiąc taka sobie, ale zjadliwe i da się najeść. A - nie ma tu czegoś takiego jak dieta matki karmiącej, tak popularnej na polskich oddziałach położniczych.
Nie będę Was zanudzać opisem całego pobytu w szpitalu, jedynie wspomnę jedną z ciekawszych wizyt pani pracownik socjalnej, która między innymi zadała mi pytanie, czy mam jakieś wątpliwości co do dziecka. Ale że co!? Czy że moje? Czy mąż ma jakieś niepewności? Ach nie - chodzi o to, czy jestem zdecydowana zabrać je do domu... całkiem fajne - myślę sobie - wezmę, skoro już się tak umęczyłam... . Nie powiem, że nie, zaskoczyło mnie to pytanie, ale w sumie bardzo dobrze, że jest. Byłam także pytana, czy jesteśmy przygotowani finansowo na dziecko, czy będę miała jakąś pomoc i wsparcie, i czy (bardzo ważne!) wcześniej miałam depresję poporodową. Dostałam pakiet ulotek większych i mniejszych, gdzie się zgłaszać w razie problemów i wątpliwości o każdej porze dnia i nocy. Bardzo brakowało mi tego w Polsce, bo o depresji poporodowej niestety mówi się raczej w kategoriach fanaberii i wymysłów... a to bardzo przykre i krzywdzące.
Były też odwiedziny pani laktacyjnej i chirurg, która mnie cięła, mojego ginekologa prowadzącego i pani badającej słuch dziecka.
Podsumowując powyższy wpis... mam niestety żal o tak późną cesarkę - ogólnie czekałam na nią od momentu trafienia do sali porodowej do sali operacyjnej około 4.5 godziny. Długo. Zważywszy na to, że bez znieczulenia (epidural nie może być podany bez obecności anestezjologa) to zdecydowanie za długo. Dużo zawdzięczam położnej, która ze stoickim opanowaniem oddychała razem ze mną i dodawała otuchy. Cud się tylko stał, że nie zdecydowałam się jednak na poród naturalny bo była by katastrofa - według słów chirurga nie miałam szans urodzić naturalnie. Ogólnie skończyło się dobrze, pobyt po porodzie wspominam sympatycznie, ale doświadczenie bólu skurczów zostanie chyba ze mną jeszcze na długo.
poniedziałek, 13 marca 2017
Ciąża część IV: Poród i pierwsze chwile razem
Dzień "0"!
Jeśli masz planową cesarkę, to zgłaszasz się o konkretnej godzinie w tzw. Admitting Department i dalej idziesz wedle szpitalnych procedur.
Z porodem naturalnym jest więcej zabawy - główne pytanie - kiedy do szpitala? Więc rekomendowane przybycie zależy od częstotliwości skurczy porodowych - najlepiej co 5 minut.
Jeśli jesteśmy już w aktywnej fazie porodowej, nie musimy zgłaszać się do Admitting Department tylko od razu idziemy z tobołkami do tzw. Birthing Unit. Papierki później.
Zgłaszamy się do położnej, mówimy jak jest, wręczamy papiery (plan porodu, ankiety zdrowotne) o ile nie zrobiłyśmy tego przy okazji hospital tour. Następnie jesteśmy lokowane w pojedynczej sali z łazienką, w której już zostaniemy do końca porodu. Możemy się przebrać w szpitalne wdzianko (jak to ustrojstwo się poprawnie wiąże to dziś nie wiem...) albo być w naszym ubraniu. Położna (dostaniemy jedną tylko dla nas) jeszcze raz przejrzy z nami plan porodu, dopyta o szczegóły, potwierdzi sposób łagodzenia bólu (pain relief) no i cóż... rodzimy! W tzw. międzyczasie założą nam jeszcze wenflon (IV) i zbadają serducho dziecka tzw. non-stress test (nasze KTG).
Przez cały czas trwania porodu może z nami przebywać dowolna osoba, bez żadnych opłat oczywiście.
W czasie porodu możemy dowolnie chodzić, leżeć, kucać, skakać i co tam nam do głowy przyjdzie.
Jedną z bardziej interesujących kwestii są formy łagodzenia bólu. Więc w większości jest to tak jak w Polsce - ciepły prysznic/basen porodowy, piłki porodowe, gaz rozweselający, epidural.
Możemy pić! (w Polsce nie zawsze...)
Jeszcze jedna ważna kwestia - procedury medyczne w trakcie porodu. Nie ma tu rutynowych lewatyw, przebijania pęcherza płodowego czy nacięć krocza. Nacięcia stosuje się, owszem, ale w ściśle określonych przypadkach. Jeśli mamy problem z urodzeniem stosuje się także próżnociąg (vacuum) i szczypce (forceps). Co do tak popularnej w Polsce oksytocyny, to tu stosuje się ją tylko w przypadku bardzo powolnego przebiegu porodu.
Zaraz po narodzinach, dzieciątko trafia w objęcia mamy skin-to-skin.
Jak to w szpitalu, procedury nie omijają nikogo - także świeżo narodzonego obywatela. Jedną z pierwszych czynności zaraz po przecięciu pępowiny jest ocena stanu zdrowia w skali Apgar i iniekcja witaminy K. Dziecku zostanie założona na nóżkę opaska identyfikacyjna, która będzie kompatybilna z naszą. W odróżnieniu od systemu polskiego, dziecko nie otrzymuje żadnych szczepień - te będzie dopiero po drugim miesiącu życia dziecka.
Przy przyjęciu do szpitala, zostaniemy spytani jaką chcemy salę poporodową - czy oddział (regular ward) czy płatną dodatkowo salę 1/2 osobową (semi private/private room). Koszt takiej sali to odpowiednio $250 i $275 za dobę. Warto dopytać się naszej ubezpieczalni (jeśli mamy) o pokrycie kosztów. Przez cały czas pobytu może z nami przebywać bezpłatnie jedna osoba. Prawo do odwiedzin o każdej porze ma również rodzeństwo dziecka i dziadkowie. Cała reszta może nas odwiedzić w wyznaczonych do tego godzinach.
Sala poporodowa mieści ok. 4 stanowisk - są to łóżka (elektryczne z regulacją), łóżeczkiem dla dziecka i ruchomym stolikiem oddzielone kotarami, które możemy owinąć dookoła naszego łóżka tak, ze nic nie widać dla osób postronnych. Dodatkowo mamy jeszcze fotel rozkładany do pozycji łóżka dla osoby towarzyszącej.
Podczas pobytu dostajemy 3 posiłki dziennie, które wybieramy z menu. Dodatkowo możemy prosić o przekąski między posiłkami i wodę do picia w każdej chwili wzywając pielęgniarkę. A właśnie - pielęgniarka - te pracują po 12 godzin i mamy przydzieloną cały czas jedną na zmianę. To do niej możemy się zwracać ze wszystkim, wzywając ją specjalnym bzyczkiem.
Podczas pobytu (24 h albo 48 po cesarce) czeka nas wizyta miłej pani, która wypyta nas o warunki bytowe - czy jesteśmy przygotowani na przybycie dziecka, jak nasze finanse, czy jesteśmy gotowi na przyjęcie dziecka do domu i czy je w ogóle zabieramy, i czy na pewno je chcemy, jak się czujemy psychicznie, czy miałyśmy epizody depresji, czy mamy kogoś do pomocy itp. Dostaniemy też pakiet papierków informacyjnych gdzie się zgłaszać w razie problemów.
Kolejnym gościem będzie pielęgniarka laktacyjna - pomoże przystawić dziecko, odpowie na pytania itp. Ważne - nie ma terroru laktacyjnego. Jeśli nie chcemy karmić piersią - nasza sprawa. Dziecko dostanie gotową butle na nasze każdorazowe żądanie.
Odwiedzi nas też nasz ginekolog, jeśli miałyśmy i lekarz chirurg w razie cesarki.
Pod koniec naszego pobytu zostanie dziecku pobrana krew w celu wykrycia chorób metabolicznych i tak jak w Polsce, zostanie również zbadany słuch.
Czas wypisu to również kilka procedur - przede wszystkim zostanie sprawdzona zgodność danych na opasce naszej i dziecka, fotelik samochodowy i jego data ważności (tak!).
Każdy szpital ma na swojej stronie dział porodowy, gdzie można ściągnąć dokumenty do wypełnienia, poczytać o procedurach i warunkach szpitalnych, co bardzo bardzo polecam. Dowiemy się też o opłatach parkingowych (dość wysokie), godzinach odwiedzin, co wziąć ze sobą, itp.
Na zakończenie cyklu ciążowo - porodowego, już wkrótce podzielę się z Wami moimi własnymi doświadczeniami porodowymi.
wtorek, 28 lutego 2017
Ciąża część III: Przygotowania do porodu
W drugiej połowie ciąży warto wybrać szpital w którym będziemy rodzić.
Pomocne w podjęciu tej decyzji będą tzw. hospital tours, które są organizowane w określone dni - warto zapisać się na taką wycieczkę jak najwcześniej, bo może okazać się tak jak w moim przypadku, że szpital organizuje taką sesję tylko raz w miesiącu w soboty i o jednej konkretnej godzinie - krótko mówiąc, możemy nie zdążyć. A byłoby szkoda, bo to dobry czas na zapoznanie się ze szpitalem - w tym czasie odwiedzamy porodówkę w miarę możliwości, zapoznajemy się z różnymi formami radzenia sobie z bólem, procedurami jakie nas czekają, kiedy mamy jechać do szpitala, możemy też zadawać pytania jak i przekazać położnej nasz plan porodu.
Tak jak wspominałam w poprzednim wpisie, im bliżej końca ciąży, tym wizyty u lekarza/położnej będą częstsze. Podczas jednej z nich zostanie nam pobrany wymaz w celu sprawdzenia, czy mamy bakterie streptococcus - to bardzo ważne badanie wykonywane także w Polsce w ostatnich tygodniach ciąży.
Druga połowa ciąży to też czas zakupów! W Ontario jest sporo odzieży ciążowej (maternity) - można ją kupić w sklepach Thyme, Old Navy, Gap Maternity czy Motherhood. Ceny różne - najtaniej chyba w Old Navy, ale jakość też nie powala.
Jeśli chodzi o wyprawkę dla dziecka, to opiszę to dokładniej w oddzielnym wpisie.
Ach - jeśli planujemy kupno pieluch tetrowych to dobry czas na zamówienie ich z Polski - w mojej okolicy ich nie znalazłam - nie jestem pewna czy w ogóle taki wynalazek jak tetra jest w Kanadzie dostępny.
Na kilka tygodni przed rozwiązaniem, powinniśmy spakować torbę do szpitala - na stronie internetowej wybranej przez Was placówki znajdziecie listę potrzebnych rzeczy dla mamy i dziecka.
Mamie pakujemy:
Bieliznę na zmianę, klapki pod prysznic, przybory toaletowe, ubranie w którym będziemy w szpitalu (można być też w koszuli szpitalnej), stanik do karmienia jeśli planujemy karmić naturalnie, coś do czytania.
Całą resztę, czyli podkłady, podpaski, specjalne majteczki po CC dostaniemy w szpitalu. Jedzenie, przekąski i woda do picia również jest w standardzie.
Dziecko:
Kilka kocyków do owinięcia, "łapki" na rączki, chusteczki mokre, ubranko na wyjście.
Pieluszki i mleko modyfikowane (formula) dostaniemy w szpitalu.
To czekamy na pierwsze sygnały porodowe!
Pomocne w podjęciu tej decyzji będą tzw. hospital tours, które są organizowane w określone dni - warto zapisać się na taką wycieczkę jak najwcześniej, bo może okazać się tak jak w moim przypadku, że szpital organizuje taką sesję tylko raz w miesiącu w soboty i o jednej konkretnej godzinie - krótko mówiąc, możemy nie zdążyć. A byłoby szkoda, bo to dobry czas na zapoznanie się ze szpitalem - w tym czasie odwiedzamy porodówkę w miarę możliwości, zapoznajemy się z różnymi formami radzenia sobie z bólem, procedurami jakie nas czekają, kiedy mamy jechać do szpitala, możemy też zadawać pytania jak i przekazać położnej nasz plan porodu.
Tak jak wspominałam w poprzednim wpisie, im bliżej końca ciąży, tym wizyty u lekarza/położnej będą częstsze. Podczas jednej z nich zostanie nam pobrany wymaz w celu sprawdzenia, czy mamy bakterie streptococcus - to bardzo ważne badanie wykonywane także w Polsce w ostatnich tygodniach ciąży.
Druga połowa ciąży to też czas zakupów! W Ontario jest sporo odzieży ciążowej (maternity) - można ją kupić w sklepach Thyme, Old Navy, Gap Maternity czy Motherhood. Ceny różne - najtaniej chyba w Old Navy, ale jakość też nie powala.
Jeśli chodzi o wyprawkę dla dziecka, to opiszę to dokładniej w oddzielnym wpisie.
Ach - jeśli planujemy kupno pieluch tetrowych to dobry czas na zamówienie ich z Polski - w mojej okolicy ich nie znalazłam - nie jestem pewna czy w ogóle taki wynalazek jak tetra jest w Kanadzie dostępny.
Na kilka tygodni przed rozwiązaniem, powinniśmy spakować torbę do szpitala - na stronie internetowej wybranej przez Was placówki znajdziecie listę potrzebnych rzeczy dla mamy i dziecka.
Mamie pakujemy:
Bieliznę na zmianę, klapki pod prysznic, przybory toaletowe, ubranie w którym będziemy w szpitalu (można być też w koszuli szpitalnej), stanik do karmienia jeśli planujemy karmić naturalnie, coś do czytania.
Całą resztę, czyli podkłady, podpaski, specjalne majteczki po CC dostaniemy w szpitalu. Jedzenie, przekąski i woda do picia również jest w standardzie.
Dziecko:
Kilka kocyków do owinięcia, "łapki" na rączki, chusteczki mokre, ubranko na wyjście.
Pieluszki i mleko modyfikowane (formula) dostaniemy w szpitalu.
To czekamy na pierwsze sygnały porodowe!
piątek, 17 lutego 2017
Ciąża część II: Radosna nowina
Doczekaliście dwóch kresek - super!
I co teraz? A no nic - trochę cierpliwości. Do lekarza możesz się zapisać, ale termin najprawdopodobniej dostaniesz i tak dopiero w około 7-8 tygodniu, nie wcześniej.
Jeśli nie miałaś historii poronień i trudności w donoszeniu ciąży, to licz się z tym, że na tym wczesnym etapie głównie działa natura...
Na pierwszej wizycie u Twojego family doctor, pielęgniarka wykona test potwierdzający ciążę (potrzebna będzie próbka moczu), zmierzy ciśnienie i zważy.
Lekarz wypyta o choroby występujące w Twojej i ojca dziecka rodzinie - głównie te genetyczne.
Również na tym etapie zostaniesz zapytana o prowadzenie ciąży - czy wolisz, by była prowadzona przez położną (midwife) czy lekarza ginekologa (OB - GYN). Jest też opcja prowadzenia ciąży przez family doctor, jeśli ten czuje się na siłach.
W przypadku zdrowej ciąży schemat wizyt wygląda następująco: od pierwszej wizyty spotkania co 4-6 tygodni, po 30 t.c. co 2-3, a po 36 tygodniu co tydzień/dwa aż do rozwiązania.
Podczas pierwszej wizyty zostaniesz skierowana na USG (ultrasound) genetyczne - będzie to podobnie jak w Polsce w 12 tygodniu ciąży. Dodatkowo, zaraz po wykonaniu ultrasound w ciągu godziny masz się stawić na pobranie krwi do badań genetycznych. W większości przypadków, będzie to jedno z nielicznych USG wykonywanych podczas ciąży, więc warto przyjść z partnerem, bo może okazać się, że więcej taka okazja się nie trafi. Druga szansa zobaczenia swojego dziecka na monitorze będzie w okolicach 18-20 t.c. by określić prawidłowość rozwoju płodu i macicy.
Jako ciekawostkę podam, że podczas całej mojej ciąży prowadzonej przez ginekologa nie zostałam ani razu zbadana ginekologicznie! Nie żeby mi tego brakowało jakoś szczególnie, ale porównując do ciąży prowadzonej w Polsce, gzie takie badanie miałam co 4 tygodnie, czułam się w pewnym sensie - "niedobadana". Nie wiem niestety, z czego wynika taka różnica w podejściu.
I co teraz? A no nic - trochę cierpliwości. Do lekarza możesz się zapisać, ale termin najprawdopodobniej dostaniesz i tak dopiero w około 7-8 tygodniu, nie wcześniej.
Jeśli nie miałaś historii poronień i trudności w donoszeniu ciąży, to licz się z tym, że na tym wczesnym etapie głównie działa natura...
Na pierwszej wizycie u Twojego family doctor, pielęgniarka wykona test potwierdzający ciążę (potrzebna będzie próbka moczu), zmierzy ciśnienie i zważy.
Lekarz wypyta o choroby występujące w Twojej i ojca dziecka rodzinie - głównie te genetyczne.
Również na tym etapie zostaniesz zapytana o prowadzenie ciąży - czy wolisz, by była prowadzona przez położną (midwife) czy lekarza ginekologa (OB - GYN). Jest też opcja prowadzenia ciąży przez family doctor, jeśli ten czuje się na siłach.
W przypadku zdrowej ciąży schemat wizyt wygląda następująco: od pierwszej wizyty spotkania co 4-6 tygodni, po 30 t.c. co 2-3, a po 36 tygodniu co tydzień/dwa aż do rozwiązania.
Podczas pierwszej wizyty zostaniesz skierowana na USG (ultrasound) genetyczne - będzie to podobnie jak w Polsce w 12 tygodniu ciąży. Dodatkowo, zaraz po wykonaniu ultrasound w ciągu godziny masz się stawić na pobranie krwi do badań genetycznych. W większości przypadków, będzie to jedno z nielicznych USG wykonywanych podczas ciąży, więc warto przyjść z partnerem, bo może okazać się, że więcej taka okazja się nie trafi. Druga szansa zobaczenia swojego dziecka na monitorze będzie w okolicach 18-20 t.c. by określić prawidłowość rozwoju płodu i macicy.
Jako ciekawostkę podam, że podczas całej mojej ciąży prowadzonej przez ginekologa nie zostałam ani razu zbadana ginekologicznie! Nie żeby mi tego brakowało jakoś szczególnie, ale porównując do ciąży prowadzonej w Polsce, gzie takie badanie miałam co 4 tygodnie, czułam się w pewnym sensie - "niedobadana". Nie wiem niestety, z czego wynika taka różnica w podejściu.
środa, 8 lutego 2017
Ciąża część I: Przygotowania do ciąży
Kiedy podejmiemy decyzję by powiększyć rodzinę, dobrze jest poinformować o tym naszego Family Doctor. Oprócz życzeń powodzenia, dostaniemy skierowanie na podstawowe badanie krwi, zalecenie by zaopatrzyć się w kwas foliowy (folic acid), suplementować witaminę D i spożywać dużo produktów bogatych w wapń. Lekarz przypomni nam także by ograniczyć do zera alkohol i zrezygnować z palenia.
Zostaniemy też spytani o naszą ostatnią cytologię (pap smear), jeśli była robiona dawniej niż rok, zostanie pobrana teraz. To samo dotyczy szczepień - wszelkie zaległości zostaną uzupełnione.
Przygotowując się do ciąży, dobrze jest zorientować się w formalnościach takich jak maternity i parental leave. Te dwie rzeczy opiszę w późniejszych postach.
Warto również zorientować się w benefitach pracowych - jeśli je mamy - co nam w ramach tychże przysługuje, a jeśli takowych nie mamy - co zrobić, by je dostać (baaardzo się przydają...).
Warto również zorientować się w benefitach pracowych - jeśli je mamy - co nam w ramach tychże przysługuje, a jeśli takowych nie mamy - co zrobić, by je dostać (baaardzo się przydają...).
Jeśli macie uciążliwą pracę, w szkodliwych warunkach, wymagającą siły fizycznej, warto rozważyć jej zmianę. W Kanadzie nie praktykuje się tzw. "zwolnienia na ciążę" jak w Polsce. Kobiety w większości pracują od początku do niemal samego końca a zwolnienia, jeśli już są, to na kilka dni.
Polecam bardzo fajny portal dla przyszłych i aktualnych rodziców:
http://www.babycenter.ca/c5112/before-you-begin-trying
Subskrybuj:
Posty (Atom)