poniedziałek, 26 czerwca 2017

Szpital pediatryczny

Stało się tak, że z niespełna dwumiesięcznym dzieckiem wylądowaliśmy w szpitalu. 14 dni w kompletnie nieznanym środowisku i obyczajach.

Wysoka gorączka, brak apetytu, marudny, zaczyna przelewać się przez ręce. No to szybka decyzja - jedziemy do najbliższego szpitala ogólnego czy trochę dalej, dzieciowego - wybór padł na ten w sąsiednim mieście - McMaster Children's Hospital. Łatwe do odnalezienia Emergency, parking podziemny i pędem do rejestracji - tam pytanie o powód wizyty, okazanie papierka z SIN'em i poczekalnia. Na szczęście prawie pusto - kilka osób przed nami. Mimo tego, takie przypadki jak nasz - kilkutygodniowe dziecko z wysoką gorączką i brak innych objawów, dostają priorytet, więc weszliśmy do gabinetu poza kolejnością.
Gabinet mieści się w zasadzie w poczekalni - ma na celu wstępną ocenę stanu zdrowia (wywiad, temperatura i waga ciała, ciśnienie, saturacja, puls) i kwalifikację do dalszego postępowania. Tu też dają małym pacjentom opaski na rączkę - jedną z wagą, drugą z kodem, imieniem i nazwiskiem. Po przejściu przez ten pokój ponownie czeka się w poczekalni na przyjęcie do dalszych badań, jeśli potrzebne.
My, jako że priorytet, poszliśmy od razu dalej, na oddział, który był podzielony na malutkie jednoosobowe  pokoiki z łóżkami. Tam zaraz zjawił się lekarz rezydent z pielęgniarką - ponowny, szczegółowy wywiad. Opis co będa robić i wyjasnienie na moje wielkie oczy, dlaczego - okazało się, że w takich przypadkach robią standardowy komplet badań - pobierają krew, mocz i płyn mózgowo rdzeniowy. Popodpinali to małe ciałko do kabelków i monitoringów, zjawiła się IV nurse do podłączenia kroplówki (nie miałam świadomości, że dziecko może się w ciągu kilku godzin tak odwodnić!) i zaczęli pobierać wszystko co musieli. Rodzic oczywiście mógł być cały czas z dzieckiem, co też uskuteczniałam. Oj. Ciężko było. Łzy grochy i moje i Małego.
Już na wstępie było wiadomo, że w szpitalu musimy zostać co najmniej 3 dni, bo tyle trwa obserwacja i hodowla ewentualnych bakterii w płynach. Ogólnie pobyt okazał się dłuższy - najpierw wydłużyli nam do 10 dni, a ostatecznie do 14.
Po około 20 minutach przyszły pierwsze wyniki - okazało się, że to infekcja pęcherza nas tak załatwiła - później okaże się jeszcze, że złośliwa bakteria zdążyła dostać się do układu krwionośnego, przez co wydłużono antybiotykoterapię.
Po tych wynikach, przeniesiono nas na oddział, do 4 stanowiskowego pokoju. Każde stanowisko było można oddzielić od reszty kurtynami by zapewnić jakąś prywatność, co bardzo się przydaje przy dłuższych pobytach. Przy łóżkach są rozkładane fotele na których można spać, do tego dostajemy jako opiekunowie poduszkę, koc i prześcieradło. Dziecko dostało miseczkę do mycia, komplet ręczników małych i dużych, paczkę Pampersów i jako, że dokarmiałam mieszanką mleczną, dostaliśmy gotowe do użycia mleko w słoiczkach jednorazowych ze smoczkami. TV i zlew z szafką był całkiem miłym dodatkiem. Dodatkowo można było sobie wykupić dostęp do Wi-Fi.
I utknęliśmy w takich warunkach na dwa tygodnie.
Przez pierwsze 3 dni były całe korowody pielęgniarek, lekarzy junior i senior rezydentów, lekarzy nadzorujących i nawet jakiś pracownik socjalny się trafił zapytać, jak sobie radzimy z tym pobytem jako rodzina.
A później zaczęła się nuda...
Nuda przerywana badaniami najpierw co 4, później 6 a w końcu 12 godzin. - tzw. vital check - czyli sprawdzenie temperatury, stanu wkłucia wenflonu, heart rate, wagi ciała, stanu nawodnienia i ogólnego samopoczucia.
Ogólnie, choć nie zazdroszczę pobytu dzieciom, to warunki mają fajne - młodsze dzieci (te niezakaźne) mają specjalną salę zabaw z mnóstwem zabawek i gier, a starsze oddzielny pokój z ogromnym TV i konsolami gier (wybaczcie, kompletnie na tym się nie znam, więc nie pamiętam co to było, ale mąż zazdrościł :) ), filmami DVD i biblioteczką z książkami. Dla dzieci i młodzieży unieruchomionej w łóżkach, wolontariusze donosili wszystko na życzenie.
Właśnie - wolontariat. Jestem przeogromnie wdzięczna! W szpitalu działa cały system pomocy - rano i po południu przychodzi ktoś nadzorujący i pyta o zapotrzebowanie. Na początku się krępowałam poprosić, bo to człowiek nie nawykły do takich akcji, ale uwierzcie mi, po 5 dniach już dokładnie wiesz, czego potrzebujesz i nieśmiałość idzie w kąt, kiedy po prostu musisz na chwilę odetchnąć od bycia przy szpitalnym łóżku 24h na dobę. Była to dobra okazja by zejść na dół do szpitalnej stołówki i kupić sobie coś do jedzenia, wziąć prysznic czy po prostu wyjść na zewnątrz i posiedzieć na ławeczce. Szczerze przyznam, że teraz o wiele chętniej wrzucam coś do skrzyneczek fundacji Ronald McDonald - dostarczają rodzicom i opiekunom darmową kawę, herbatę i drobne przekąski za darmo. Jak taki ciepły kubek może wesprzeć rodzica po nieprzespanej nocy wpatrującego się w monitor aktywności serca dziecka to wie tylko ten rodzic...

Minusem dla mnie jako rodzica, był tylko jeden prysznic na oddział - tzw. family room, z mocno letnią wodą i często zajęty. Dzieci miały oddzielne toalety - jedna dla zakaźnych, druga dla reszty.
Drugim minusem było to, że z racji sezonu wirusowego potrafili przywieźć na salę dziecko z biegunką i wymiotami a na moje pytanie, czy aby moje dziecko jest bezpieczne odpowiedź brzmiała, że oczywiście, bo zamykam kurtyny no i przecież pielęgniarki zakładają do takiego dziecka odzież ochronną z okularkami i rękawiczkami jednorazowymi i ją zdejmują zaraz po wizycie. No niby fakt, ale ja jednak coś podłapałam pod koniec pobytu, co fajne nie było... to chyba w zasadzie największy minus w tym szpitalu.
A'propo szpitalnego menu dla dzieci - pewnie dla niejednego rodzica jest dużym minusem - moje dziecię było jeszcze za małe, ale słyszałam propozycje dla moich małych sąsiadów - a w menu obiadowym: fish & chips, burgers, hot - dogs, mini pizza, mac & cheese, jakaś zupa + desery owocowe i muffin. Kiedy sąsiadką była mała Hinduska, słyszałam, że dostawała jakieś posiłki specjalne dostosowane do jej diety, więc może było jeszcze coś poza tym, a pielęgniarka czytała jedynie to co najpopularniejsze w dietach - nie wiem.

Plusem w tym szpitalu był dla mnie brak klasycznych obchodów lekarskich, jakie się praktykuje w Polskich szpitalach. Dokładniej pisząc, wizyty lekarskie oczywiście były - w dogodnym czasie dla mnie - tzn. kiedy np. karmiłam dziecko lekarz mówiła, żebym się nie spieszyła, bo nie będzie to dla niej problem, by wpaść za 20 minut. I tak też było. Pamiętam te polskie obchody, gdzie łóżko musiało być zaścielone, wszystko pochowane i pacjent gotowy na zawołanie czekający na łóżku bo dochtory idą z wianuszkiem pielęgniarek, z czego jedna jako przedskoczek wbiegała do sali z okrzykiem "doktor zaraz będzie! Przygotować się!". Tu rozwiązują to inaczej - raz dziennie jest lekarz rezydent, który konsultuje wszystko z lekarzem nadzorującym (rezydent, bo byliśmy w szpitalu uniwersyteckim) i raz na jakiś czas (+ na prośbę) wizyta lekarza głównego. Bez stresu i zbędnych formalności.

Wypis ze szpitala bardzo sprawny - do sali przyniesiono nam papierki, daty badań i wizyty u pediatry. Pouczono nas, że w razie jakichkolwiek niepewności mamy zgłaszać się na emergency no i tyle.

Ufff... mimo tego, że warunki były całkiem dobre to mam nadzieję, że to był ostatni nasz pobyt w szpitalu. Tyle stresu co tam zostawiłam, to wystarczyłoby na kilka lat.





czwartek, 20 kwietnia 2017

Wspomnienie lata - camping!

W ramach wspomnień wakacyjnych, opowiem Wam dziś o dość popularnej rozrywce w Kanadzie - camping. Miejsc do wyboru i do koloru - po wpisaniu w wyszukiwarkę internetową słowa "camping" wyświetli nam się cała masa możliwych miejsc do obozowania - nad jeziorami, których tu nie brak, nad rzeką, w lesie i w parkach. Sezon zwykle zaczyna się w maju, więc jeśli ktoś planuje taką formę wypoczynku w wakacje, to warto rozglądać się już teraz za odpowiednim miejscem.

Zwykle w obrębie jednego dużego campingu, mamy podziały na nieco mniejsze - na te np. bez zwierząt, radia czy dedykowane dzieciom. Są też pola z/bez dostępu do elektryczności czy wody.
No właśnie - jak takie poletko wygląda? Z Polski pamiętam, ze zwykle pole namiotowe to był kawał skoszonej łąki nad jeziorem, z toi-tojką i czymś na kształt prysznica. Namioty w szeregu, jeden obok drugiego, by pomieścić jak najwięcej. Tu to inaczej wygląda - jeśli wejdziemy na jakąkolwiek stronę www, to zobaczymy mapę z pooznaczanymi udogodnieniami i rozkładem konkretnych poletek - każde ma swój numer i opis - jakie podłoże, stopień nasłonecznienia, czy ma dostęp do prądu i wody. Na takim polu mamy dostęp do tzw. fire pit - jest to miejsce przeznaczone do rozpalenia ogniska - może niezbyt estetyczne, ale całkiem użyteczne - skonstruowane jest tak, że nad paleniskiem jest coś na kształt grilla, na którym można coś ugotować czy usmażyć. W pakiecie dostaniemy też stolik piknikowy, więc ogólnie mówiąc, baza jest całkiem przyjemna. Poletko jest na tyle duże, że spokojnie można postawić na nim auto + 6 osobowy namiot i miejsca zostanie aż nadto. 
W obrębie całego campingu zwykle mamy jeszcze punkt z prysznicami jednoosobowymi, WC, pralnię i aneks kuchenny do użytku ogólnego. Cała reszta jest w zależności od specyfiki danego miejsca - często są pola do mini golfa, place zabaw, mini zoo itp.

My, z racji tego, że był to debiut naszego 6 letniego syna, zdecydowaliśmy się na trzydniowy pobyt w Point Farms Provincial Parks. Zorganizowaliśmy się dość późno, więc zarezerwowaliśmy, to co było w dostępnym dla nas czasie. 
Finansowo jest to chyba jedna z najtańszych form wypoczynku pod warunkiem, że mamy już sprzęt biwakowy. Cena za dobę to zwykle ok. $35 - $45 za poletko. Niestety cena wejścia w ten biznes jest dość spora - my kupując wszystko od zera, wydaliśmy na 3 osoby około $1.100 i były to rzeczy z tych tańszych - spory namiot, materace dmuchane, śpiwory, oświetlenie, lodówka przenośna na wkłady itp. Plus taki, że w nadchodzącym sezonie dokupimy tylko sprzęt dla najmłodszego członka rodziny i jesteśmy gotowi. 
Tak patrząc z boku, to nasze poletko wyglądało dość skromnie w porównaniu do innych - widać było, że niektórzy campingują całe tygodnie budując w zasadzie niezły apartament - krzesła, stoły, parawany, oddzielny namiot do gotowania z siatki na komary i oddzielny do jedzenia.

Nam podobało się bardzo i w zasadzie już teraz myślimy nad powtórzeniem biwakowania - mamy na oku kilka miejsc, z czego jedno wygląda super.

Poniżej wklejam fotki z naszego campingu:





poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Ciąża część V ostatnia

W poprzednich postach opisałam mniej więcej jak to wszystko wygląda formalnie, a dziś chciałabym podzielić się z Wami jednym z najbardziej osobistych przeżyć, jakie jest dane kobiecie doświadczyć.

Z różnych względów miałam mieć zrobione cięcie cesarskie - wyznaczono mi termin i godzinę stawienia się na oddział. Cóż z tego, jak dzieciątko zdecydowało się przyjść 2 dni wcześniej...
Z torbą, mężem i starszym dzieckiem stawiłam się na oddział pewna, że zaraz mnie przygotują do cięcia i za chwilę będziemy już we czwórkę. Nic z tych rzeczy. Właśnie trwała operacja, więc anestezjolog był zajęty. No nic - akcja dopiero się rozkręca - myślę sobie - poczekam. Przydzielono mi położną - całkiem fajną babkę, sporą salę z łazienką, rozkładanym fotelem i TV. Moich chłopaków odesłałam do domu a sama poddałam się procedurom szpitalnym - przebrałam się w szarobury kostium (czy ktoś z szanownych tu wie, jak się to zakłada poprawnie?!), oddałam krew, założono mi IV, położna przeleciała ze mną jeszcze raz przez wszystkie papierki i ankiety. Po podłączeniu KTG umościłam się wygodnie na łóżku i tak sobie czekam... a skurcze coraz mocniejsze... . Pytam nieśmiało - co z tą cesarką - na co mi odpowiadają, że jeszcze anestezjolog zajęty. Mi się coraz goręcej robi, siedzieć na łóżku już nie dam rady więc łażę jak nakręcona po sali z kroplówką i KTG (ha! takie bezprzewodowe mi dali) - po czym okazuje się, że za lekko ponad godzinę będę cięta. No cóż - ze szpitala uciekać nie wypada, więc dalej łażę i się pocę coraz mocniej wyciągając z otchłani pamięci modlitwy i wezwania do bogów wszelkich. I tak sobie wychodziłam całkiem mocne, krzyżowe i regularne skurcze, co akurat wcale mi nie pomagało. Jednym uchem słyszałam rozmowę dwóch położnych - mojej i innej pacjentki rodzącej w tym samym czasie... okazało się, że moja konkurentka do cesarki musi mieć priorytet bo coś idzie nie tak jak powinno... ja w tym czasie zbladłam, bo wiem z doświadczenia, ze procedura na samej sali trwa około godziny a ja już porządnie spocona i w bólu całkiem porządnym klnę na cały świat. Położna przychodzi i mówi jak jest, że ja dam radę, że jeszcze mamy czas, że świetnie sobie radzę (tu mam ochotę ją, delikatnie mówiąc, uświadomić jak się czuję, ale odpowiedników w angielskim mi zabrakło) i że ona mi gaz rozweselający przyniesie. Dawaj kobieto cokolwiek masz! Myślę sobie. Byle szybko i działało, bo gotowam brzydkich polskich słów zacząć używać, by sobie ulżyć chociaż tak (kilka soczystych pań lekkich obyczajów i tak wysyczałam). Zassałam się do tego gazu jak do zbawienia. No... w bólu to szczerze mówiąc średnio pomagało ale za to jaki odjazd! A w zasadzie to odlot... . Nie wiedziałam, że między skurczami które są co minutę, można zasnąć - można. Zwłaszcza odpływając po gazie. Pamiętałam, że położna namawiała mnie na zakończenie naturalne, bo tak świetnie mi idzie - mówi, ze już prawie koniec, że jeszcze trochę i będzie po wszystkim. Mój wzrok chyba musiał zabijać, bo już więcej mi nie proponowała... Wtem nadszedł mój wybawca anestezjolog z radosną nowiną, że już zaraz za momencik, właśnie salę czyszczą po poprzedniej cesarce a on tylko kilka pytań zada. Coś mi tam czytał o konsekwencjach możliwych, czy się zgadzam i coś jeszcze - szczerze mówiąc, mam tylko nadzieję, ze nie wyraziłam jakiejś zgody na wycięcie nerki czy coś, bo świadoma tego co do mnie mówią, nie byłam w ogóle. Przetransportowali mnie na salę operacyjną. Z pomocą mojej położnej wdrapałam się na stół, zaraz znieczulonko i uffff co za ulga... szybki test czy działa, parawanik i cięcie. 10 minut i słyszę głos jednej z asystujących "o may God! He's huge!!!" No przecież mówiłam, że będzie wielki! I zaraz już usłyszałam najpiękniejszą melodię tego pierwszego rozdzierającego płaczu mojego 4.665 kilowego synka. Malucha pokazali, od razu założyli bransoletkę z kodem na stópkę, pierwsze badania i lekarka spytała, czy może dziecko pokazać ojcu w sąsiedniej sali.
Po skończonym szyciu przewieźli mnie do sali przejściowej, gdzie czekała na mnie reszta rodziny. Tam przyszedł też neonatolog do dziecka, dostałam wodę do picia (hurra! w Polsce dopiero po kilku godzinach można), pierwsze przytulanie skin to skin i zaraz pojechałam razem z łóżkiem do czteroosobowej sali ogólnej. Akurat byłam sama, z czego się ucieszyłam bo w takich okolicznościach jakoś szczególnie towarzyska nie jestem. Chwilkę odpoczęłam, rozczuliłam nad wyjątkowym pięknem dzieciątka i po około godzinie przyszła pielęgniarka pomóc wstać i się ogarnąć. Zaprowadziła do łazienki gdzie mi asystowała przy myciu, pokazała gdzie co jest, kazała dzwonić bzyczkiem kiedy tylko będę potrzebowała i  sobie poszła. Ach - jeszcze leki przeciwbólowe zostawiła i spytała, czy jakiejś przekąski nie potrzebuję. Naćpana hormonami, morfiną i resztkami gazu, zdecydowanie potrzebowałam jedynie chwili spokoju sam na sam z dzieckiem. Owinęłam się parawanem dookoła łóżka i delektowałam chwilą.
Co do posiłków, to są 3 razy dziennie, menu do wyboru, jakość szczerze mówiąc taka sobie, ale zjadliwe i da się najeść. A - nie ma tu czegoś takiego jak dieta matki karmiącej, tak popularnej na polskich oddziałach położniczych.
Nie będę Was zanudzać opisem całego pobytu w szpitalu, jedynie wspomnę jedną z ciekawszych wizyt pani pracownik socjalnej, która między innymi zadała mi pytanie, czy mam jakieś wątpliwości co do dziecka. Ale że co!? Czy że moje? Czy mąż ma jakieś niepewności? Ach nie - chodzi o to, czy jestem zdecydowana zabrać je do domu... całkiem fajne - myślę sobie - wezmę, skoro już się tak umęczyłam... . Nie powiem, że nie, zaskoczyło mnie to pytanie, ale w sumie bardzo dobrze, że jest. Byłam także pytana, czy jesteśmy przygotowani finansowo na dziecko, czy będę miała jakąś pomoc i wsparcie, i czy (bardzo ważne!) wcześniej miałam depresję poporodową. Dostałam pakiet ulotek większych i mniejszych, gdzie się zgłaszać w razie problemów i wątpliwości o każdej porze dnia i nocy. Bardzo brakowało mi tego w Polsce, bo o depresji poporodowej niestety mówi się raczej w kategoriach fanaberii i wymysłów... a to bardzo przykre i krzywdzące.
Były też odwiedziny pani laktacyjnej i chirurg, która mnie cięła, mojego ginekologa prowadzącego i pani badającej słuch dziecka.

Podsumowując powyższy wpis... mam niestety żal o tak późną cesarkę - ogólnie czekałam na nią od momentu trafienia do sali porodowej do sali operacyjnej około 4.5 godziny. Długo. Zważywszy na to, że bez znieczulenia (epidural nie może być podany bez obecności anestezjologa) to zdecydowanie za długo. Dużo zawdzięczam położnej, która ze stoickim opanowaniem oddychała razem ze mną i dodawała otuchy. Cud się tylko stał, że nie zdecydowałam się jednak na poród naturalny bo była by katastrofa - według słów chirurga nie miałam szans urodzić naturalnie. Ogólnie skończyło się dobrze, pobyt po porodzie wspominam sympatycznie, ale doświadczenie bólu skurczów zostanie chyba ze mną jeszcze na długo.